• facebook
  • rss
  • Panie Jezu, dostałam wszystko...

    Agnieszka Otłowska

    |

    Gość Płocki 43/2016

    dodane 20.10.2016 00:00

    – Na misjach jesteśmy codziennie –  przekonuje Adriana Rawa, wolontariuszka z Makowa Mazowieckiego, która dwa miesiące temu wróciła z Tanzanii.

    Do Afryki pojechała z koleżanką. Tam zobaczyły zupełnie inny świat. – Mieszkańcy buszu żyją w domach ulepionych z błota, przykrytych sianem albo liśćmi bananowca. Bez wody i prądu. Ich dzień skupia się wyłącznie się na tym, aby zdobyć jedzenie. Za każdy znaleziony owoc, za każde zebrane warzywo, ziarno, dziękują Panu Bogu. Bo wiedzą, że to wszystko pochodzi od Niego, że to dla nich dar – opowiada Adriana, która kończy studia na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.

    Coś więcej niż sprzęt medyczny

    Miesiąc w Tanzanii spędziły, pracując jako wolontariuszki w misyjnym szpitalu. Mieszkały w domku na terenie szpitala. Każdy dzień rozpoczynał się o 7.30 poranną modlitwą. Choć w szpitalu pracowali ludzie różnych wyznań, to jednak każdego ranka wszyscy stawali razem na modlitwie. – Raz w tygodniu przybywał do nas miejscowy ksiądz i głosił katechezę. Po niej przemawiał dyrektor. Potem omawialiśmy sprawy bieżące szpitala. Razem z koleżanką zajmowałyśmy się czterema oddziałami: żeńskim, męskim, dziecięcym i matczyno-położniczym. Kolejno na każdym z nich pracowałyśmy przez tydzień. Ale najwięcej czasu poświęcałyśmy dzieciom... – opowiada Ada. To właśnie przebywanie wśród dzieci dało im odpowiedź na pytanie o sens ich pobytu w Afrycie. – Zrozumiałam, że Jezus posłał mnie tam, abym poznała te wszystkie dzieci i przekazała im radość, uśmiech i wlała w ich serca ciepło i odrobinę miłości – przyznaje misyjna wolontariuszka. Wspomina m.in. Ricka, chłopca, który chorował na niedrożność jelit. Nie jadł od trzech tygodni. Był niedożywiony. Nie miał siły chodzić ani ruszać ustami. Skontaktowały się z s. Alicją, która jest lekarzem pediatrą w Polsce. Otrzymały wskazówki, jak postępować z dziećmi niedożywionymi. Prowadziły także internetowe zbiórki pieniędzy na jego operację. – Wtedy pomyślałyśmy sobie, że Pan Bóg przysłał nas w to miejsce, aby uratować tego chłopca. Zajęłyśmy się więc nim kompleksowo: karmiłyśmy go mlekiem co dwie godziny, ważyłyśmy, kupowałyśmy leki, sprawdzałyśmy, czy przybiera na wadze – opowiada Ada. Potem spotkały chłopca pobitego przez macochę. – Opiekując się nim, zrozumiałyśmy, że najlepsze, co możemy ofiarować tym dzieciom, to ciepło, by czuły się kochane i zauważane. Największą misją, którą mogą spełnić Europejczycy względem tamtych ludzi, nie są pieniądze, sprzęt, ale zwyczajna pomoc, dłoń pełna ciepła i miłości.

    Zwady z Bogiem i wdzięczność

    Wolontariuszki zabrały ze sobą różańce, które były zrobione z przetopionych nakrętek zbieranych przez Fundację ks. Orione „Czyńmy dobro”. – Miałyśmy ich kilka paczek. Chciałyśmy je rozdać głównie dzieciom. Gdy jedna z paczek zawieruszyła się razem ze sprzętem medycznym, pewna siostra zakonna, powiedziała nam: „Ten sprzęt to nic w porównaniu z tymi różańcami. One są dla większości tych cierpiących wielkim darem”. Wytłumaczyła, że osoby otrzymujące ostatnie namaszczenie często prosiły o różaniec, a ona zwyczajnie nie miała skąd go wziąć. Dlatego postanowiłyśmy rozdać je pośród chorych oraz pracowników szpitala. Jedną paczkę rozdałyśmy w czasie bilansu dziecięcego, który przeprowadzałyśmy w jednej z wiosek. Radość dzieci, które zakładały sobie różańce na szyję, była niesamowita – opowiada Adriana. – Pewnego dnia urodziło się dziecko z niewydolnością oddechową. Miało zaledwie trzy godziny życia. Nie przyszedł do niego żaden lekarz. Postanowiłyśmy się nim zająć. Próbowałyśmy przystawić je do piersi matki, jednak dziecko nie miało odruchu ssania. Nie chciałyśmy, aby umarło z głodu, a jednak byłyśmy bezsilne. To było trudne doświadczenie... Wiele czasu spędziłam na rozmowie z siostrą zakonną o tym przypadku. Przyznam, że kłóciłam się z Panem Bogiem. Kłóciłam się z Nim o to nowo narodzone dziecko, które zaraz zmarło, o tego chłopca skatowanego przez macochę, o aborcję, której dokonano w tym szpitalu z powodu zagrożenia życia matki – przyznaje Adriana Rawa. – Pokora przyszła bardzo szybko. Pan Bóg dał mi zrozumienie, że nie mogę oceniać tych ludzi przez pryzmat swojego myślenia. Tylko Bóg jest w stanie tych ludzi osądzić. A my tylko powinniśmy próbować wytłumaczyć, rozmawiać z nimi, opowiadać... i głosić Dobrą Nowinę – dodaje. Czego się nauczyła na misjach? – Wychowałam się w rodzinie, w której niczego nie brakowało. Rodzice starali się zapewnić mi to, co najlepsze, dbali o mnie. A jednak, gdzieś tam, w głębi, zawsze narzekałam i czegoś mi brakowało. Teraz wiem, że poprzez ten wyjazd Bóg pokazał mi, że tak naprawdę mam wszystko, tylko nie potrafię czasem tego docenić. Uświadomił mi dzięki tym ludziom, że nawet cierpienie, choroba, trudności i niepowodzenie to również droga do Niego – stwierdza. – Na misjach jesteśmy codziennie, każdego dnia, kiedy wstajemy rano i rozpoczynamy dzień. I to od nas zależy, jak przeżyjemy ten dzień i czy będzie on przepełniony uczynkami miłosierdzia. Pan Bóg daje nam szansę każdego dnia, szansę na to, aby czuć się lepszym przez to, co zrobimy dla innych. Misje nauczyły mnie walczyć ze słabościami i grzechem, który gdzieś zawsze próbuje się przebić w nasze myśli albo uczynki. Czas na misji był dla mnie darem. Był odkrywaniem miłości Pana Boga w każdym człowieku, niezależnie od tego, w jaki sposób był on doświadczony – mówi z uśmiechem Ada.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół