• facebook
  • rss
  • Panie, są tu wszyscy!

    ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 41/2016

    dodane 06.10.2016 00:00

    Mija 75 lat od męczeńskiej śmierci bp. Leona Wetmańskiego w Działdowie. Jego życie i testament powinny być dla nas obowiązkową lekturą duchową i duszpasterską.

    wlodzimierz.pietka@gosc.pl W duchowej biografii naszego biskupa i męczennika, zanim przyszedł tragiczny 10 października 1941 r. w obozie koncentracyjnym Soldau, ważną rolę odegrała przyjaźń z bp. Zygmuntem Łozińskim z Pińska.

    Dwa testamenty

    „Jeślibyś, Boże Miłosierny i Dobry...” – pisał swoją ostatnią wolę bp Wetmański. Na powstanie tego tekstu wpłynęła śmierć jego przyjaciela i ojca duchownego. Biskup Leon był na jego pogrzebie w Pińsku i słyszał odczytany w czasie liturgii jego testament – słynny „List zza grobu”. Wkrótce po tym wydarzeniu biskup pojechał do Warszawy, aby w klasztorze redemptorystów odprawić 10-dniowe rekolekcje zamknięte. Z pewnością postawa i słowa zmarłego przyjaciela stały się inspiracją do wielu przemyśleń i spisania własnego testamentu, w pewnych miejscach zbliżonego do ostatniej woli bp. Łozińskiego. I tak biskup piński stwierdził na początku: „Piszę (...) w czasie rekolekcji, które uważam za przygotowanie do śmierci. Każde rekolekcje trzeba za takie uważać. Śmierć jest blisko każdego z nas”. A dalej jest wątek poświęcony jego posłudze i cierpieniu: „Zadaniem moim było prowadzić was do nieba, dzieci moje! Bardzo niedołężnie służyłem wam; ani słowem, ani przykładem nie potrafiłem być wam przewodnikiem, jakim być należało. Wybaczcie mi winy moje. Alem was kochał bardzo, i bardzo pragnąłem oddać za was życie całe, i zawsze prosiłem Pana Jezusa, aby mi dał dużo cierpieć za was, i przez cierpienie wysłużyć Kościołowi to, czego nie mogła dla Niego zyskać moja praca nieudolna”. Podobne myśli zawarł w swym testamencie bp Leon Wetmański: „Pragnąłem, abyś mi dawał więcej cierpień, Tyś mnie dobrodziejstwami obsypywał. Bądź Miłosierny dla mnie, grzesznego. (...) Cierpienia moje przy konaniu przyjmij, Ojcze mój Miłosierny, za grzechy moje, za dusze zmarłych i za grzeszników, dla Twej chwały i za tych, których zgorszyłem” – pisał bp Leon. Warto dodać, że ks. Wacław Jezusek, bliski współpracownik bp. Wetmańskiego, często mówił, że była to przyjaźń dwóch świętych.

    Podobni do siebie

    Spotkali się na Akademii Duchownej w Petersburgu, gdzie ks. Zygmunt Łoziński był wykładowcą Pisma Świętego, a ks. Leon Wetmański od 1912 do 1916 r. studiował teologię. Później sam został ojcem duchownym i wykładowcą homiletyki. Od 1916 r. ci dwaj księża pracowali wspólnie w dwóch gimnazjach polskich w Petersburgu. Ksiądz prof. Łoziński w czasie I wojny światowej skupiał wokół siebie polską inteligencję, był też duszpasterzem w środowisku polskich nauczycieli. Wtedy często zachęcał ich do korzystania z posługi ks. Wetmańskiego jako spowiednika i rekolekcjonisty. Za namową ks. Łozińskiego płocki kapłan wstąpił do Unii Apostolstwa Kapłanów, a obydwaj byli wykładowcami w petersburskim seminarium duchownym. „Łączyła ich praca wspólna, wspólne ideały ascetyczne. Przyjaźń dodawała impulsu obydwom do pracy i poświęcenia dla Kościoła i Polski” – czytamy w krótkiej biografii bp. Wetmańskiego sporządzonej przy okazji jego nominacji i święceń biskupich w 1928 r., a więc jeszcze za życia bp. Łozińskiego. Kim był ten ksiądz i biskup – dziś kandydat na ołtarze?

    Ile bólu można unieść?

    Urodził się w 1870 r. niedaleko Nowogródka, w szlacheckiej i patriotycznej rodzinie. Ukończył Akademię Duchowną w Petersburgu i w 1895 r. przyjął święcenia kapłańskie. Był wykładowcą Pisma Świętego. Troszczył się o nędzarzy i chorych, niezależnie od ich narodowości. Ze względu na działalność patriotyczną został przez władze carskie zesłany na Łotwę. Ponieważ chciał prowadzić duszpasterstwo miejscowej ludności, ale nie znał łotewskiego, nauczył się tego języka. Był w ogóle poliglotą: znał 11 języków, z czego 9 biegle. Został proboszczem w Mińsku, współpracował z abp. Jerzym Szembekiem, który wcześniej był biskupem w Płocku. Potem studiował nauki biblijne w Rzymie. W 1917 r. został biskupem mińskim. Od samego początku swej posługi okazał się niezłomny: nie opuścił swojej diecezji, gdy jej tereny zajęli bolszewicy. Nawet gdy w 1920 r. został osadzony w moskiewskim więzieniu, nie ugiął się. Do Polski wrócił po roku, skrajnie wycieńczony. W 1925 r. został pierwszym biskupem diecezji pińskiej. Zorganizował struktury diecezji, kurię i seminarium. Dbał o życie religijne kapłanów i wiernych. Podobno podczas wizytacji kanonicznej w jednej z parafii okazało się, że proboszcz ma tylko jedno łóżko na plebanii. Biskup miał mu powiedzieć: „Nie martw się, kochany, wiem, że mię nie masz gdzie przenocować. Daj mi, bracie, klucze do kościoła” – tam biskup spędził noc. Zwykle ubierał czarną sutannę. Często pościł, nosił też rodzaj włosienicy. Gdy przed śmiercią miał przejść operację, nie zgodził się na narkozę, bo – jak mówił – Chrystus na krzyżu cierpiał bez znieczulenia. Postawa biskupa w ostatnich chwilach życia była na wskroś heroiczna. Prosił, aby nie modlono się o jego zdrowie czy życie, ale o cierpliwość i o to, by nie marnował tych łask, jakie mu Pan Jezus w tej chorobie daje. Gdy tak cierpiał, często powtarzał: „O Jezu, jakiś Ty dobry”. Zmarł w Wielką Sobotę 26 marca 1932 roku. Pozostała po nim wielka duchowa spuścizna, która odcisnęła się również w duszy bp. Leona Wetmańskiego i przygotowała go na męczeństwo. Pozostał m.in. „Akt doskonałego zaparcia się siebie i oddania się do rozporządzenia Bogu”. Napisał w nim m.in.: „Oddaję Ci się do zupełnego rozporządzenia, z góry przyjmuję wszystkie kary, doświadczenia i krzyże, którymi zechcesz mnie nawiedzić. Owszem, w nich właśnie będę poznawał świadectwo szczególnej Twej dla mnie łaskawości i miłosierdzia”. A w liście z 1928 r., słysząc o cierpieniach swoich diecezjan, pisał m.in.: „Jak już wam będzie tak bardzo ciężko, że myśleć będziecie, iż nie wytrzymacie bólu (chociaż wszystko możemy w tym, Który nas umacnia), to proszę modlić się, aby Pan Jezus ciężar ten na mnie przełożył, udzielając mi zarazem dosyć sił, abym dźwigał tak, aby to było z waszym pożytkiem”. W swoim przejmującym testamencie napisał m.in.: „Jakżebym chciał, dziatki moje najmilsze, zadanie to tak wykonać, aby nikt z was się nie wymknął, nikt z was nie zginął, abym mógł z radością upaść w niebie przed tron Pana Jezusa, wołając: »Panie, oto ci, których mi powierzyłeś. Są tu wszyscy, nie brak nikogo...«”.

    Światło z Działdowa

    Te mocne słowa odcisnęły się więc na duszy i wybrzmiały także w testamencie naszego biskupa męczennika. Zapisze on więc: „Jeżelibyś, Boże Miłosierny i Dobry, dał mi łaskę, którą nazywają śmiercią męczeńską, przyjmij ją głównie za tych, którzy by mi ją zadawali, aby i oni Ciebie, Boże Dobry i Miłosierny, całym sercem kochali”. Słowa te zostały napisane 14 kwietnia 1932 r., dwa tygodnie po śmierci przyjaciela z Pińska. Na śmierć męczeńską przyszło czekać biskupowi 9 lat, ale przed Bogiem wszystko już wtedy było gotowe. A potem przyszło: „amen”. Wszystko dopełniło się najprawdopodobniej nocą 10 października 1941 roku. Krańcowo wyczerpany i chory, prawdopodobnie na panujący wtedy w obozie tyfus, bp Leon został zagazowany w samochodzie lub rozstrzelany w jednym z poddziałdowskich lasów, najprawdopodobniej pod Białutami. W czasie ekshumacji niemieckich, które były prowadzone wiosną 1944 r., ciało biskupa mogło zostać spalone. Miejsca jego pochówku nie znamy do dziś dnia. Święty Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym wraz z abp. Antonim Julianem Nowowiejskim. Są męczennikami II wojny światowej.• Korzystałem z: o. J. Bar (red.), „Polscy święci” t. 10, ATK, Warszawa 1987; ks. H. Seweryniak, ks. R. Bednarczyk, „Ojcostwo i miłosierdzie”, Płocki Instytut Wydawniczy, Płock 1999.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół