• facebook
  • rss
  • Trzeba wspólnie układać ten bukiet

    dodane 05.05.2016 00:00

    Andrzej Mejer, zaangażowany w inicjatywy promujące rodzinę w Płocku, o konsekwencjach „pogrywania” z Panem Bogiem i małżeństwie
na dobre i na złe.

    Agnieszka Małecka: Podczas odbywających się niedawno w płockiej katedrze rekolekcji dla osób chorych onkologicznie i ich rodzin mówił pan świadectwo o byciu przy chorej żonie. Spokojne, udane życie małżeńskie i rodzinne zostaje wystawione na próbę...


    Andrzej Mejer: Tak, wtedy skończyła się nasza sielanka. Moja żona Lena stała się pacjentką onkologiczną po raz pierwszy 18 lat temu. Dwa lata temu, po długiej przerwie, doszło do nawrotu choroby. Pierwsza myśl była taka, że coś trzeba zrobić. Co? Modlić się. Wtedy jeszcze paliłem papierosy, nie jak smok, ale była to po prostu drobna przyjemność. Obiecałem Panu Bogu, że przestaję palić, ale nie na zasadzie: „Ja ci daję pieniądze, a tym mi daj towar”. Ostatnio usłyszałem odpowiedź na pytanie, do którego momentu możemy się modlić. Brzmi ona – do skutku.

    Ja nie wiem, jaki ten skutek ma być. To my najczęściej przedstawimy go sobie jakoś w modlitwie. Modlimy się o cuda, ale to Pan Bóg decyduje, jakie mają być te cuda. Nie wiem, jakie On ma rozwiązanie. Oczywiście cała nasza rodzina modli się, żeby żona wróciła do zdrowia. Mamy przecież prawo tak się modlić, prosić o zmianę losu. Chrystus w Ogrójcu się też modlił o odsunięcie kielicha goryczy. Wiem jedno, że teraz wokół nas też dzieją się pewne małe cuda. Otrzymujemy bardzo dużo wiadomości od przyjaciół; ktoś wpadnie zapytać, jak Lena się czuje. Nie wiem, dokąd nas Pan Bóg doprowadzi, do jakiej dojrzałości nas doprowadzi. Ale nie odwracamy się od cierpienia.


    W małżeństwie jednak czasem zdarzają się ucieczki od cierpienia, od problemów.


    Kiedyś gdzieś usłyszałem takie stwierdzenie: „Z Panem Bogiem nie można pogrywać”. My z sobą możemy pogrywać, ale z Nim się nie da, bo przegramy. Gdy budujemy dom, to nie możemy oszukiwać i żeby ten dom był szybciej i taniej zrobiony sypać zamiast cementu więcej piasku. Wtedy sami się oszukujemy. Tak samo w życiu. Musimy trwać przy swoich wartościach i odpowiedzialności. Mąż jest odpowiedzialny za żonę, a żona za męża. Małżeństwo to jest pewien ciąg odpowiedzialności, bo ja nie odpowiadam tylko za siebie. Jeszcze bardziej w sytuacji, gdy ktoś w rodzinie choruje. Ja zawsze mówię w kontekście życia małżeńskiego: „pozwoliłeś zaprząc się do wózka, a tym wózkiem jest małżeństwo, to trzeba go ciągnąć wspólnie, żeby było szczęśliwe”.


    Życie z chorobą przypomina sinusoidę, życie na walizkach albo na petardzie, jak mówił śp. ks. Jan Kaczkowski. Czy trudno się akceptuje taki stan?


    Gdybym miał porównywać, to bardziej życie na walizach, bo trzeba wiedzieć, kiedy się spakować. Coś jest dane, to znaczy, że może być zabrane, i to trzeba z pokorą przyjąć. Ja mam dane życie, rodzinę. I nie chodzi o to, że czuję nieustanne zagrożenie. Mam pewną ufność.


    Czy choroba może być wrogiem, którego trzeba znokautować? Czy tego wroga można w ogóle przyjąć do domu?


    Myślę, że cierpienie trzeba przyjąć i ofiarować. Bo co ja mogę zrobić z cierpieniem? To nie jest bagaż, który mogę zamknąć w jakiejś szopie. Ono tkwi we mnie. Ja przyjąłem ten krzyż, który trzeba dźwigać. Gdy sam byłem kiedyś chory i trzy miesiące leżałem w szpitalu, czasem wiłem się z bólu, zastanawiałem się nad cierpieniem. Dużo o nim czytałem. Można sobie wyobrazić taką analogię do wędkowania; jak ryba złapie się na haczyk, to czym bardziej będzie się rzucała, tym bardziej będzie cierpiała.


    Ale wielkim trudem jest także trwanie przy osobie chorej.


    Wracam tu do przysięgi małżeńskiej. Tam nie ma ślubowania warunkowego – ślubuję ci, jak będziesz piękna, młoda i zdrowa. Jest: „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską”. Nawet gdyby nie było miłości, to jest uczciwość. Byłoby nieuczciwe, gdyby ktoś odwrócił się, odszedł, gdy chory jest współmałżonek lub dziecko. Powiedziałbym nawet, że to jest nie patriotyczne. Bo jak pójdziesz na pole walki, gdy uciekasz w życiu. Bł. ks. Jerzy Popiełuszko uczył „zło dobrem zwyciężaj”. Choroba jest złem, a modlitwa dobrem.


    Jak Pan patrzy z tej perspektywy na małżeństwo?


    Każdy ma pewne wartości, które wnosi do małżeństwa. Ja porównałbym je do kwiatów. Młodzi we dwoje z tych kwiatów mają za zadanie ułożyć bukiet. Każdy ma jakiś kwiat, który trzeba gdzieś włożyć do wspólnego wazonu, ale może być tak, że ten mój kwiat nie jest taki znowu do eksponowania, jak ten mojej małżonki. Układamy więc nowy bukiet kwiatów i to jest to piękno życia małżeńskiego, przynajmniej na początku. Oczywiście jest tak, że w pewnych sferach jedna strona jest silniejsza psychicznie, a druga słabsza. Jednak źle jest, gdy tylko jedna ze stron chce zawsze dominować, bo małżeństwo to miłość służebna. Przywołam tu słowa św. Joanny Beretty-Molli, która tak zwracała się do męża: „Powiedz, jaką chcesz mnie widzieć, bo chcę, żebyś był szczęśliwy”.


    Poprawiłby Pan coś w „waszym małżeńskim bukiecie”?


    Zawsze można być lepszym. Gdy patrzę retrospekcyjnie na moje życie, to widzę, że na pewno była pomoc Boska. To, że się „udało”, to nie przypadek. Starałem się całe życie zachować jakąś więź z Panem Bogiem. A przekładając to na język ludzki, jeśli mamy więź z kimś, to on będzie się troszczył o nas, bez względu na wszystko.
•
agnieszka.malecka@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół