• facebook
  • rss
  • Trzeba być dobrym

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 12/2016

    dodane 17.03.2016 00:00

    Czasem ludzkie życie przypomina ciągłą drogę krzyżową. Szła nią Marianna. Pewnie i bez kompromisów.

    Chcieliśmy procesu rehabilitacyjnego mamy, dla poczucia sprawiedliwości, a nie rozgłosu, bo takie było jej życie – bez rozgłosu. W czasie rozprawy, która odbyła się w 2006 r., czułam, że trzeba coś powiedzieć. Wstałam i powiedziałam, że rzeczywiście czasy były trudne, że rodzice bardzo cierpieli i wiele przeżyli. Ale z tego, co wiem, gdyby mieli wybierać, postąpiliby tak samo. Mama, gdyby mogła, powiedziałaby w tej chwili, że przebacza, bo nie wszyscy byli świadomi tego, co czynili – wspomina pani Zofia z Płocka, córka Marianny z domu Grabowskiej, ps. „Maria”.

    Pokazuje czarno-białe przedwojenne zdjęcia matki, z których spogląda ładna, szczera twarz młodej dziewczyny o dużych oczach. Ta dziewczyna z małej wsi Chudzynek k. Łęgu, powiat płocki, wielokrotnie, zaraz po wojnie pomagała żołnierzom podziemia antykomunistycznego Narodowych Sił Zbrojnych. Kilkakrotnie aresztowana, „wyklęta”, tak jak brat Stach, tak jak i inni członkowie tej rodziny…

    Więzienie jej nie powstrzymało

    Jak teraz pozbierać okruchy czyjegoś życia, jeśli nie można było mówić głośno prawdy i wiele spraw lepiej było zachować dla siebie? Pani Zofia lepi rozproszone w pamięci fragmenty obrazu swojej matki. – Pochodziła z dużej rodziny, z patriotycznymi tradycjami, dla której ojczyzna, wiara, rodzina były najwyższą wartością. Przy czym to poczucie obowiązku wobec rodziny i Kościoła były jak najbardziej naturalne. Mama pięknie śpiewała w chórze kościelnym i pięknie tańczyła. Przed wojną i jeszcze długo po niej jeździła do Niepokalanowa, skąd autentycznie czerpała siłę w trudnych momentach życia. Jeździła też do Ośrodka dla Niewidomych w Laskach i tam pomagała. Potem przychodziły podziękowania na jej nazwisko. Przygotowywała się do studiów w Warszawie na SGGW, ale wojna to przerwała – opowiada pani Zofia. Marianna, jeszcze gdy była panną, pomiędzy 1947 a 1949 rokiem pomagała żołnierzom z NSZ, którzy działali na terenie powiatu płockiego. Jej brat, Stach, uczestnik kampanii wrześniowej, równie mocno potem narażał się władzy ludowej. Jak podaje w książce „Chwała bohaterom!” Jacek Pawłowicz, historyk IPN, Stanisław Grabowski od maja 1947 r. był współpracownikiem Franciszka Majewskiego ps. „Słony”, dowódcy oddziału bojowego ROAK. W tym samym opracowaniu przy sylwetce Marii Grabowskiej zacytowane są zarzuty z procesu przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, w których oskarża się ją o udzielanie powtarzającej się pomocy nielegalnej organizacji NSZ. – Co mnie najbardziej uderzyło i ucieszyło w dokumentach dotyczących rehabilitacji? – zastanawia się pani Zofia. – Najpierw to, że nigdy na nikogo nie doniosła. Odnotowali też, oczywiście na podstawie donosów, że pomimo przesłuchiwana i więzienia po powrocie ponownie robiła to samo. Nam mama bardzo niewiele o tym mówiła. Wszystko przeżywała na poziomie wnętrza, ale na zewnątrz nic nie okazywała.

    Co jest najważniejsze

    Marianna z mężem Stanisławem powtarzali dzieciom: „czasy są trudne, ale trzeba żyć”, a władza komunistyczna, w majestacie prawa, odbierała im gospodarstwo kawałek po kawałku. Przecież w Polsce Ludowej prywatna własność nie miała racji bytu. Nie było sąsiedzkiej solidarności, ale była więź rodziny, której członkowie pomagali sobie nawzajem. – Rodzice zawsze martwili się o innych. Dla nich ważniejsze nie było to, co się dostaje, ale co się niesie innym. Mama uczyła nas solidarności: „teraz mi pomożesz, ale jeśli tobie będzie brakować, to ja ci pomogę”. To było zupełnie naturalne. Wiedzieli też, że wszystko jest kruche, że ktoś może przyjść i zabrać – opowiada pani Zofia. Tak jak w innych rodzinach, których poszczególni członkowie ośmielili się przeciwstawić władzy komunistycznej, były momenty zastraszania, rozgrywania kartą przyszłości dzieci. – Ostrzegano ich: „macie dzieci, nie dostaną wykształcenia”. Na co oni: „trudno, nie dostaną”. Od nas wymagali, byśmy się dobrze uczyli. Mówili nam tylko: „nie przejmujcie się, że ten czy tamten nauczyciel potraktował was źle”. Czuliśmy się bezpieczni i ufaliśmy im, że wiedzą, co robią. Oni wiele wymagali od siebie i przekazywali to nam, swoim dzieciom. Nie tyle przez słowa, co czyny – wspomina córka. A jednak, jak dodaje, nie zacietrzewiali się, nie zatrzymywali na złości. Wiara, ojczyzna, rodzina nie były dla nich wyświechtanymi słowami, ale żywymi wartościami, na których można było bezpiecznie zawiesić swoją kruchą egzystencję. Marianna nie epatowała sztuczną religijnością. To wszystko było naturalne: i ten krzyżyk kreślony dzieciom na czole, i to polecenie: „przeżegnaj się, bo wychodzisz z domu”, i ten obrazek św. Andrzeja Boboli. Doczekała wyboru papieża Polaka i mimo niepokoju końca 1981 r. wierzyła, że Jan Paweł II wyprosi wiele dla swojej ojczyzny, że coś się zmieni. Zmarła 5 grudnia 1981 roku. Nie doczekała sądowej rehabilitacji – własnej i brata; nie doczekała marszów ku czci żołnierzy wyklętych i przywracania im godności. Pod koniec życia powtarzała do córki: „skryj się na małą chwilę, bo nastanie kiedyś czas lepszy”. – Mama jednak przekazywała nadzieję, że nie zawsze tak będzie. Miała jakiś dar, intuicję; uczyła, że trzeba żyć i trzeba być dobrym. Nie tyle walczyć ze złem, ile przekazywać dobro. Bo zło kiedyś musi ustąpić. Ale jak można było walczyć, skoro wszystko się pokończyło, wielu aresztowano, wielu rozstrzelano? Walczyć poprzez przekazywanie tych wartości jak rodzina, wiara, ojczyzna. One ich uratowały – mówi dziś pani Zofia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół