• facebook
  • rss
  • Już nie pyta „dlaczego?”

    Wojciech Ostrowski

    |

    Gość Płocki 10/2016

    dodane 03.03.2016 00:00

    – Rozpłynęłam się na fali chorób, ale Pan Bóg cały czas mnie trzyma i nie pozwolił mi się utopić – mówi Anna Niesłuchowska. – On posługuje się moim byle jakim chodem, słuchem i wzrokiem jako swoimi narzędziami.

    Od wielu lat zmaga się z cierpieniem, dotknięta ciężkimi schorzeniami, które dzięki uczestnictwu w Ruchu Rodzin Nazaretańskich przyjmuje jako część przeznaczonego dla niej Bożego planu. – Opatrzność Boża czuwała nade mną w każdej chwili – mówi.

    Spełniona zawodowo, ale...

    Wszystko zaczęło się, kiedy po studiach podjęła pracę w Zakładzie Zespołów Napędowych FSO w Wyszkowie. Szybko awansowała, ale nie dane jej było objąć proponowanego stanowiska kierownika działu elektronicznej techniki obliczeniowej. Plany pokrzyżowało stwardnienie rozsiane, które ujawniło się nagle, kiedy przestała widzieć na jedno oko. Musiała zrezygnować z pracy w FSO. Przez rok utrzymywała się, szyjąc ubranka dla lalek. Pragnienie powrotu do pracy w zawodzie stało się możliwe do spełnienia, kiedy ordynator szpitala w Wyszkowie powierzył jej pracę przy realizacji pilotażowego wtedy w skali kraju komputerowego programu prenatalnej opieki nad matką i dzieckiem. – Byłam zachwycona fantastyczną pracą, która przynosiła mi mnóstwo satysfakcji – opowiada. – W tym czasie dowiedziałam się też o Ruchu Rodzin Nazaretańskich, w którym jestem od 1987 r. Rosłam duchowo razem z nim – wyjaśnia Anna, która należy do grona kilkudziesięciu pierwszych członków RRN. Założyciel, ks. Tadeusz Dajczer, był jej pierwszym kierownikiem duchowym. – Było wtedy wspaniale –wspomina Anna. – Cieszyłam się pracą i tym, że mogę rozwijać się duchowo, choć zawsze uważałam się za dobrą katoliczkę. Ale to było rozwinięcie mojego życia duchowego, bo bliskiego kontaktu z Panem Bogiem doświadczyłam właśnie w RRN. Dzięki temu, że trafiłam do ruchu, przestałam sobie zadawać pytanie, dlaczego SM złapał mnie w tak młodym wieku, kiedy marzyłam o założeniu rodziny. Dlaczego Bóg dał mi taką chorobę? Dlaczego wybrał właśnie mnie? Dlaczego z dnia na dzień wszystkie plany legły w gruzach, moje szczęście się rozpadło? Teraz wierzę, że cierpimy nie dla siebie, ale dla Kościoła. Nasz ruch opiera się na zawierzeniu Panu Bogu i Maryi we wszystkim i w każdej chwili – zwierza się Anna.

    Kiedy choroba goni chorobę

    Ale stwardnienie rozsiane, którego postęp udało się nieco zahamować, okazało się tylko jakby tłem dla kolejnych ciężkich schorzeń. Później dotknęły Annę choroba nowotworowa, martwica jelit oraz poważne problemy z kręgosłupem. Związane były z nimi liczne operacje oraz straszliwe bóle. – Uciekam przed bólem i nie mogę uciec, z jednego wpadam w drugi. Mam problem ze wzrokiem, trudno jest mi czytać, utrzymać długopis, czasem trudno jest mi się podpisać, trudno chodzić, jestem osobą bardzo słabo słyszącą i wszystkie te czynności są mi powoli odbierane. Ale mimo wszystko staram się normalnie funkcjonować – zwierza się Anna. Do przejścia na emeryturę pracowała na trzech czwartych etatu w szpitalu w Ciechanowie, gdzie do dziś mieszka, oraz w tamtejszym oddziale NFZ. Ta druga praca stanowiła bardzo poważne wyzwanie. – Spełniłam się tam zawodowo – uważa. – To wszystko było zapisane w planach Bożych, nikt by tego tak nie wymyślił. Dziękuję Panu Bogu, że tak mnie poprowadził. Nie dając mi rodziny, dał inne pola działania. Udzielałam się też społecznie, m.in. jako przewodnicząca Ciechanowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego. W Wyszkowie i w Ciechanowie, dokąd pozwalały jej siły, działała w RRN jako animatorka grupy. Była jednym z pierwszych w naszej diecezji świeckich członków ruchu. Teraz stan zdrowia nie pozwala jej już na uczestnictwo w cotygodniowych spotkaniach. W miarę możliwości bierze jednak udział w dniach skupienia i letnich rekolekcjach RRN. W ubiegłym roku dzielnie pełniła tam funkcję animatora domu. – Kiedy po przyjeździe do Bańskiej Wyżnej zobaczyłam na drzwiach swojego pokoju napis „animator”, pomyślałam, że to pomyłka – opowiada. – Powiedziałam naszemu moderatorowi diecezjalnemu, ks. Cezaremu Siemińskiemu, że wybrał największą słabiznę, bo przecież z niczym sobie nie radzę, do niczego się już nie nadaję – opowiada Anna. – „I właśnie o to chodzi, to Pan Bóg będzie działał przez ciebie, wszystko w rękach Matki Bożej, to nie ty masz robić” – usłyszałam w odpowiedzi. I dzięki Bożej pomocy oraz wspaniałych ludzi, których miałam, nie było żadnych problemów. Pan Bóg posługuje się moim byle jakim chodem, słuchem i wzrokiem jako swoimi narzędziami – mówi animatorka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół