• facebook
  • rss
  • Za młody, by umierać?

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 45/2015

    dodane 05.11.2015 00:00

    Historia. Usilnie namawiał ojca, aż ten zgodził się, by został ochotnikiem szwoleżerem. Usłyszał: „Synu, ja tobie wyrok podpisuję…”. Zginął w walce za odradzającą się Polskę.

    Tadeusz Witkowski miał zaledwie 17 lat, gdy zaciągnął się do wojska i rozpoczął służbę w 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego. Do rodzinnego Siecienia koło Płocka już nigdy nie wrócił. Jego życie pochłonęła wojna polsko-bolszewicka. W rodzinie jednak o nim nie zapomniano.

    – Tadeusz był moim wujem, bratem ojca. Myśmy przez lata bardzo mało o nim wiedzieli, ale pamięć o nim nigdy się nie skończyła. Rodzeństwo nadawało dzieciom imię Tadeusz, ja też jednemu z synów dałam to imię. Mój ojciec wspominał z żalem, zwłaszcza jak przychodziły Zaduszki: „nawet nie wiadomo, gdzie jest pochowany”. Mówiło się wtedy, że może gdzieś pod Warszawą. Dopiero teraz wiemy więcej, bo nasz kuzyn, który pasjonuje się historią rodziny, odtworzył jego losy – opowiada Krystyna Wyżykowska z Siecienia. Udało się ustalić, że Tadeusz poległ w walkach w okolicach Lwowa, w czasie szarży pod wsią Zawidcze, 27 lipca 1920 roku. Kuzyn, brat i syn pani Krystyny odwiedzili latem cmentarz w Łopatyniu, na północny wschód od Lwowa, gdzie pochowano szwoleżerów, poległych w tamtych okolicach. A w Siecieniu przypomina się losy dawnego mieszkańca i bohatera. W miejscowym gimnazjum mówiono o nim podczas lekcji historii. To właśnie postać Tadeusza będzie też patronować tegorocznym obchodom Narodowego Święta Niepodległości w Siecieniu.

    Pasował do kawalerii

    Jaki był Tadeusz? – Ten 17-letni chłopak kochał konie, dlatego poszedł do kawalerii. Mój dziadek służył w wojsku carskim, gdzie był felczerem, weterynarzem. Dla nich koń był jak członek rodziny – mówi pani Krystyna. Jej kuzyn, Janusz Bielicki z Dobrzynia nad Wisłą, w artykule odtwarzającym losy Tadeusza do gazety gminnej „Mazowiecka Szwajcaria”, napisał: „Tadeusz wyrastał w otoczeniu koni. Kochał je i umiał się z nimi obchodzić, i to z pewnością zadecydowało o przydziale do tej formacji” (kawalerii). W pułku szwoleżerów znalazł się jednak nie tylko z wielkiej sympatii do koni. „Zgłosił się do wojska na ochotnika w wyniku porywu patriotycznego po wizycie gen. Józefa Hallera w Płocku w 1919 r.” – pisze Janusz Bielicki. Tadeusz był w tym czasie uczniem płockiego Męskiego Seminarium Nauczycielskiego. – Pod wpływem Hallera i tego zrywu patriotycznego cała klasa Tadeusza poszła na wojnę. On był chyba najmłodszy i bał się, że go nie wezmą, bo był niepełnoletni. Ojciec musiał na to wyrazić zgodę. Z płaczem, ale po usilnych proszeniach podpisał i powiedział: „Synu, jak tobie wyrok podpisuję” – opowiada Krystyna Wyżykowska. Jej babcia, a matka młodego szwoleżera, nie mogła się z tym pogodzić do końca życia. – Nieraz mówiła: „W ciągu półtora roku straciłam dwóch synów”. Często powtarzała: „bo mu ojciec podpisał, nie musiał, ale tak prosił”. Z zachowanej do dziś fotografii patrzy śmiało smagły, młody chłopak, ubrany w odświętny mundur. Zdjęcie przetrwało w rodzinie różne koleje losu; były okresy w historii kraju, gdy lepiej było go nie wystawiać w domu. Po śmierci jednej z sióstr Tadeusza pani Krystyna zabrała je do siebie. Przydało się, gdy powstał pomysł, by na miejscu dawnego, niszczejącego pomnika na grobie dziadków postawić nowy. Choć prochy Tadeusza Witkowskiego spoczywają pod Lwowem, to w rodzinnym Siecieniu przypomina o nim właśnie to zdjęcie i napis na płycie nowego grobu jego rodziców.

    Śmierć jak „wysokie C”

    – W domu wspominano, że babcia przed jego odejściem na front, w listopadzie, wyruszyła ze swoją córką, żeby się z nim pożegnać. Podobno zastały go przy czyszczeniu koni. Był bardzo mizerny. Wróciły zrozpaczone, w dodatku bardzo przeziębione, bo podróż była ciężka, zaskoczyła je śnieżyca. Siostry mojego ojca wspominały go, zwłaszcza w okresie powojennym, i mówiły: „co z tego, że walczył, a my znów nie mamy wolnej Polski” – opowiada pani Krystyna. Jej kuzyn tak opisuje tamto rodzinne, trochę niewyraźne już wspomnienie: „17 listopada 1919 r. pułkowi nadano sztandar. Była to wielka uroczystość, na którą zaproszono także rodziny żołnierzy, i na którą matka Tadeusza – Józefa, zdecydowała się pojechać aż do Chełma. Ze swoją córką Sabiną – siostrą Tadeusza, z Płocka do Warszawy popłynęły Wisłą statkiem. Stamtąd pociągiem dotarły na miejsce” – pisze Janusz Bielicki. Potem jeszcze opisuje ich drogę powrotną: koleją do Włocławka i stamtąd pieszo, w śnieżycy, do Siecienia. Jakie były dalsze losy siecienianina? Trzeba je łączyć z udokumentowanymi losami 1. Pułku Szwoleżerów na froncie ukraińskim, m.in. z wielką bitwą pod Brodami, na wschód od Lwowa, gdzie poległo kilkudziesięciu żołnierzy. 47 kawalerzystów oddało życie w rejonie Zawidcze–Szczurowice–Smardzew, ścierając się z armią konną Siemiona Budionnego. W tych walkach zginął także młodziutki Tadeusz Witkowski. Jak opisuje Janusz Bielicki, „z późniejszych przekazów kolegów (tych, którzy przeżyli kampanię i powrócili do swoich domów) wynikało, że poległ on, usiłując ratować rannego dowódcę ze swego szwadronu – plutonowego Edwarda Chorążego”. Jednak obaj zginęli. To, czego dokonywali tam polscy szwoleżerowie, musiało mieć wymiar bohaterstwa, bo 19 marca 1921 r. w Chełmie Józef Piłsudski odznaczył sztandar pułku krzyżem Virtuti Militari. Nazwiska kawalerzystów, w tym Tadeusza Witkowskiego, wypisane są na tablicy pamiątkowej w stołecznym kościele przy ul. Szwoleżerów, dawnym kościele garnizonowym, służącym 1. Pułkowi Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego, a dziś katedrze Ducha Świętego, obecnie należącej do Kościoła polskokatolickiego. Tablica upamiętniająca bohaterów z tego terenu jest też w kościele w Bądkowie.

    Sentyment i smutek

    W sierpniu część rodziny Tadeusza wyruszyła jego śladem z Siecienia do Łopatynia na Ukrainie. W wyprawie uczestniczył syn pani Krystyny Adam Wyżykowski, który do Kresów ma duży sentyment. – W dzieciństwie czytałem Trylogię Sienkiewicza i od tego czasu trwa moja fascynacja tymi miejscami. Kilka razy byłem na Ukrainie i rzeczywiście te bezkresne pola czarują – przyznaje z uśmiechem. Ale tę podróż do miejsca spoczynku Tadeusza Witkowskiego wspomina z mieszanymi uczuciami. Trud wielogodzinnej wyprawy potęgował brak oznaczeń i stan dróg, nie podpadających chyba pod żadną kategorię. – Wszystko było pięknie, dopóki na własne oczy nie zobaczyliśmy, jak tam się żyje. Sam cmentarz zrobił na nas przygnębiające wrażenie. Stare mogiły żołnierzy właściwie nie istnieją, a w tej części cmentarz jest opuszczony, zarośnięty – opowiada pan Adam. Pamiątką wydarzeń sprzed 95 lat jest obelisk, tknięty już trochę zębem czasu. Widnieje na nim napis „Pro Patria. Cześć 135 polskim bohaterom poległym w 1920 r.”. Członkowie rodziny pani Krystyny przybili do jednego ze słupków podtrzymujących łańcuch, który okala obelisk, prostą tabliczkę nagrobną, upamiętniającą młodego siecienianina. Po cmentarzu oprowadzał ich polski ksiądz, który tam pracuje w parafii. Pokazał im kościół, w który trafiło 38 kul w czasie wojny polsko-bolszewickiej i wyjaśniał, dlaczego cmentarz z polskimi grobami właściwie znika. – Tam nic nie można zrobić, jeśli się nie ma urzędowego zezwolenia – mówi pani Krystyna. Do Polski członkowie jej rodziny wrócili z żalem, że tak mało robi się, by zachować tam polskie groby i pielęgnować pamięć. – Chętnie bym wrócił w to miejsce, by się rozejrzeć, by bardziej poznać, jak tam się ludziom żyje i jak im można pomóc. Bo tam można zobaczyć prawdziwą biedę – mówi pan Adam. Chciałby też znaleźć młodzież, która uporządkowałaby polski cmentarz w Łopatyniu.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół