• facebook
  • rss
  • Jak młyńskie koło

    ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 32/2015

    dodane 06.08.2015 00:00

    Historia. Ile miejsc, domów i rodzin, tyle historii, które należałoby opowiedzieć młodszym, na przykład tak, jak to czyni Zofia Dramińska-Machowska, rodem z Uniecka, w samym centrum diecezji.

    Pani Zofia jest lekarzem, specjalistą rehabilitacji medycznej, mieszka w Warszawie. Wraca jednak chętnie do rodzinnego Uniecka: do miejsc, pamiątek i cmentarza, na którym spoczywają jej przodkowie. Skąd zainteresowanie historią rodziny i sentyment do tych stron? – Gdy byłam małą dziewczynką, moi dziadkowie często się mną zajmowali. Noszę w sercu serdeczne wspomnienie o nich i doskonale pamiętam opowiadania, których słuchałam jako dziecko. Jest tych opowieści dużo więcej, ale ostatnio, przy okazji odnowienia starego kamiennego krzyża na cmentarzu w Uniecku, postanowiłam niektóre z nich spisać i utrwalić je nie tylko w nagrobnym kamieniu – mówi Zofia Dramińska.

    Kto dziś miałby taką odwagę?

    Unieck z dziada pradziada był ich ojcowizną. Kolejne pokolenia, od połowy XIX w., znajdowały na miejscowym cmentarzu miejsce spoczynku. Ale na dzieje rodziny nałożyły się zawieruchy historii i niespokojny okres XX stulecia. – Dawne czasy minęły bezpowrotnie, ale chcę je przypominać, bo są dziedzictwem mojej rodziny. I na nich mogę uczyć się historii i opowiadać o niej młodszym – mówi pani Zofia. Do początku II wojny światowej rodzina Dramińskich żyła i gospodarzyła w Uniecku. I trzeba oddać im szacunek, że byli dobrymi gospodarzami. – Mój pradziad, Józef Leopold Dramiński, był przed wojną fundatorem wielu ważnych miejscowych inwestycji: wspomagał odbudowę parafialnego kościoła, który spłonął w XIX w., zbudował drogę z Uniecka do Raciąża, przyczynił się do powstania miejscowej straży pożarnej, a wraz z żoną Teodozją z domu Olszewską, wybudował pierwszą w Uniecku szkołę – opowiada pani Zofia. Podkreśla, że Teodozja była dziewczyną niezwykłą. Dorastała pod rosyjskim zaborem, w czasach, gdy Polski nie było na mapie. Jako 15-letnia uczennica szkoły dla dziewcząt w Płocku była w 1905 r. uczestniczką strajku szkolnego przeciw rusyfikacji. W zaborze rosyjskim w szkołach nie wolno było rozmawiać po polsku, nawet na przerwach. Jeśli nauczyciel przyłapał polskie dzieci na rozmowie w ojczystym języku, czekały je surowe kary. W 1905 r. polskie uczennice zebrały się na szkolnym korytarzu i poprosiły dyrektora, aby wysłuchał ich apelu. – Teodozja zaczęła czytać z kartki petycję: „My, polskie uczennice, prosimy, abyśmy mogły na przerwach rozmawiać ze sobą po polsku. Prosimy też o to, byśmy mogły uczyć się języka polskiego na lekcjach, chociaż raz w tygodniu...”. W tym momencie dyrektor wyrwał Tosi z rąk petycję i porwał na strzępy, krzycząc „Mołczati!”, czyli „Milczeć!”. Teodozja nie ulękła się dyrektora, wyjęła kopię petycji i kontynuowała jej odczytywanie, ale dyrektor ponownie wyrwał jej kartkę z rąk. Moja prababka była dziewczyną odważną, honorową, ale i porywczą. Ugodzona lekceważeniem i niesprawiedliwością usiłowała odebrać dyrektorowi tekst, rzuciła się w jego kierunku, wywiązała się szarpanina, podczas której dziewczynka podrapała dyrektora, a on, potężny mężczyzna, odtrącił ją i przewrócił na ziemię – opisuje pani Zofia. – Protest zakończył się dramatycznie. Teodozja jako polska buntowniczka została wyrzucona ze szkoły z wilczym biletem. Ukończyła naukę na prywatnej pensji dla dziewcząt, a wkrótce potem zaczęła uczyć czytania i pisania dzieci na wsi. Kilka lat później, gdy wyszła za mąż za Józefa Leopolda Dramińskiego, wspólnie z mężem założyli w Uniecku szkołę!

    Ucieczki i powroty

    Teodozja i Józef mieli trzech synów. Średni z nich, Tadeusz, kochał pracę na roli. Ukończył w 1934 r. w Cieszynie studia rolnicze i powrócił do majątku ojca, by pomagać mu w codziennej pracy. Kiedy Józef Dramiński zmarł w 1939 r., Tadeusz przejął jego obowiązki i został pełnoprawnym dziedzicem majątku Unieck. Czasy były niespokojne, Niemcy przygotowywały się do wojny, ale Tadeusz nie przeczuwał jeszcze, jak bardzo tragiczna czeka go przyszłość, że będzie ostatnim już dziedzicem Uniecka. We wrześniu 1939 r. Niemcy napadły na Polskę. Władze polskie ogłosiły powszechną mobilizację. Wówczas Tadeusz przygotował najlepsze swoje konie i poprowadził kilkadziesiąt pięknych zwierząt na miejsce mobilizacji, aby je podarować Armii Polskiej dla obrony ojczyzny. Starszy brat Tadeusza, Wojciech, który mieszkał w Warszawie, walczył i zginął w 1939 r. w obronie stolicy. Kampania wrześniowa nie trwała długo, polskie konie walczyły ofiarnie przeciw żelaznym czołgom niemieckim, nie mając żadnych szans. Nastąpił mroczny czas niemieckiej okupacji. 28 września 1939 r. oficjalnie rozszerzono Prusy Wschodnie o Rejencję Ciechanowską, czyli przyłączono tutejsze tereny do Niemiec. W sąsiedniej rejencji – Leipe (Lipno), też należącej do Niemiec, zorganizowano w końcu października 1939 r. spotkanie właścicieli ziemskich (podobnie jak w Krakowie spotkanie profesorów UJ). Ze spotkania tego nikt nie powrócił. Jego uczestników wywieziono do obozu. Był wśród nich Dramiński, kuzyn Józefa. Toteż kiedy pod dworek w Uniecku pod koniec 1939 r. zajechał niemiecki zarządca i nakazał rodzinie opuścić dwór w ciągu 10 minut, Tadeusz z żoną Marią, ratując życie, pożegnał się z Unieckiem. Pod koniec wojny tutejsze ziemie zostały wyzwolone przez Ludowe Wojsko Polskie przy udziale sowieckiej armii i rodzina na krótko powróciła w te strony. Tadeusz zajął się odbudową zniszczeń wojennych i w ciągu kilku miesięcy udało mu się uruchomić młyn w Raciążu. To miało być wydarzenie symboliczne, uruchomienie młyna, rozpoczęcie nowego, powojennego życia... Kilka dni po tym, jak młyn zaczął funkcjonować, nocą zapukał do drzwi dziadka życzliwy sąsiad z Raciąża i powiedział: – Panie Dramiński, niech pan ucieka, teraz, od razu... Rano przyjdą po pana wysłannicy nowej władzy i nie oszczędzą. Niech pan ucieka, ratuje siebie i rodzinę! I tak pod osłoną nocy Tadeusz Dramiński wyjechał na rowerze do Łodzi. Rzeczywiście, rano pojawili się funkcjonariusze UB. Maria Dramińska otrzymała polecenie opuszczenia swego domu i wraz z 5-letnim synem Marcinem podążyła śladem męża. Osiedlili się w Łodzi. – Nie uskarżali się na nowe czasy, choć wiedli bardzo skromne życie. Nie usłyszałam od nich nigdy, aby mieli poczucie krzywdy czy niesprawiedliwości dziejowej – wspomina ich wnuczka, Zofia Dramińska. – Mieli tylko jedno życzenie, aby po śmierci wrócić do Uniecka. Tymczasem cieszyli się, że żyją i że są razem. Kiedy przyszłam na świat, w łódzkim mieszkaniu żyły cztery pokolenia rodziny Dramińskich: Teodozja (prababcia), Tadeusz z Marią (dziadkowie), Marcin z Ewą (moi rodzice), brat Marcina, urodzony już po wojnie Wojciech, ja, a potem moja siostra Ola. Kilka lat później Wojciech ożenił się i pod tym samym adresem zamieszkał z żoną Wandą i synem Marcinem. Zawsze z zapartym tchem słuchałam wspomnień moich dziadków. Dziś, kiedy odwiedzam ich na unieckim cmentarzu, mam poczucie, że ich historia nie powinna zostać zapomniana. Historia rodziny, tak spleciona z losami ojczyzny, powinna służyć nowym pokoleniom jako świadectwo tragicznych polskich losów – opowiada pani Zofia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół