• facebook
  • rss
  • Pielgrzymka trudnych intencji

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 29/2015

    dodane 16.07.2015 00:00

    Kiedyś głównie „trzeźwościowa”, dziś przypomina także o nowych uzależnieniach.

    Ponad sto kilometrów w lipcowym upale, za to pokonanych piękną, widokową trasą. Z intencjami: za bliskich, przyjaciół i samego siebie. A każda intencja ma swój ciężar – mówią pielgrzymi idący pieszo lub duchowo z Bieżunia do Niepokalanowa.

    Pułapka mojego „ja”

    Na dworze leje rzęsisty deszcz. W kościele – równie obfity deszcz oklasków. To dla Marka, który mówi: – Nie chcę nikogo pouczać, wywyższać się. To taka przestroga dla młodych ludzi. Żebyście sobie zapamiętali, do czego prowadzą używki. Przez nie z czasem tracicie wszystko. Marek opowiada historię swojego życia podczas wieczornego apelu pielgrzymkowego w kościele w Bulkowie. Ma 39 lat i ponurą drogę za sobą, wypełnioną uzależnieniami od: alkoholu, narkotyków, hazardu, pieniędzy, o których mówi językiem biblijnym: mamona. Do tego kilka rozwalonych związków. – Zaczęło się niewinnie. Byłem osobą nieśmiałą. Alkohol dodawał mi odwagi. Jak wypiłem, to stawałem się guru wszystkich, miałem lepsze relacje z kobietami, byłem kimś. Buntowałem się za młodu, miałem towarzystwo starszych kolegów, chciałem im zaimponować, być taki jak oni, bo mieli swoje zdanie, nie musieli z nikim się liczyć. Zacząłem pić, kiedy miałem 18 lat, a od 20. roku życia jestem osobą uzależnioną. Wtedy już nie wyobrażałem sobie weekendów, jakichkolwiek spotkań, gdzie nie ma alkoholu – opowiada. Do tego doszło palenie trawki i narkotyki twarde. W jego życiu, owszem, były okresy abstynencji i materialnej prosperity. Kolejny związek i czas trzeźwości; praca siedem dni w tygodniu. – Kupiłem mieszkanie. Co z tego? Miałem samochody. Co z tego? Żyłem jak pączek w maśle, ale nic nie robiłem ze sobą, nadal uważałem, że jestem kimś wyjątkowym – wspomina Marek. Następny rozdział w jego życiu to małżeństwo, jego rozkład, odwyk, leczenie i poczucie osamotnienia. – Mama powiedziała mi: „co z tego, że nie pijesz, nie bierzesz, jak ty dalej jesteś taki sam, jak byłeś”. Bo liczyło się tylko moje „ja” – mówi. Marek ostatecznie trafił na ulicę. Bezdomny pił i ćpał; trzy razy próbował popełnić samobójstwo. Wreszcie dzięki Beacie Brulińskiej z Żor trafił do wspólnoty „Betlejem”. Zaczął się czas abstynencji i nawrócenia. – Bóg zmienił mnie od środka, moje myślenie – mówi dziś Marek, który od trzech miesięcy nie pije i nie bierze.

    Niecodzienna droga

    Beata, Marek i jeszcze dwóch podopiecznych Wspólnoty „Betlejem” z Jaworzna szli wśród 60 innych uczestników tegorocznej pielgrzymki z Bieżunia do Niepokalanowa. Marek wie, że trzeźwość to ciągła walka i praca; a pielgrzymka jest jednym z jej elementów. Czym ta droga jest dla Beaty, która pomaga bezdomnym? – Ja nazwałam tę pielgrzymkę „kawałkiem nieba na ziemi”, gdzie się doświadcza czegoś zupełnie innego. Uważam, że jestem osobą szczęśliwą, ale ta radość, której tu doświadczam, jest całkowicie inna, nieporównywalna z innymi codziennymi radościami. Ona mnie unosi. Co tu jest wyjątkowego? Wszystko: ludzie, atmosfera; to „bracie”, „siostro”. To niesamowicie porusza, bo na co dzień nie mówimy tak do siebie. Czuje się taką więź, chęć pomocy, wsparcia – wyznaje Beata, która pochodzi z diecezji płockiej, ale mieszka w Żorach i tam chce założyć dom dla bezdomnych, podobny do domu wspólnoty „Betlejem” prowadzonego przez ks. Mirosława Toszę. Trzej podopieczni Beaty, po raz pierwszy na tej pielgrzymce, od razu zostali wrzuceni na wielką wodę – dostali obowiązki porządkowych. Beata idzie już kolejny raz. – Ja generalnie jeszcze nie przeszłam w całości tej pielgrzymki. Zawsze są jakieś problemy zdrowotne. Pragnę przejść całą. Jest nadzieja, że się uda. A intencje, jakie niosę, są bardzo konkretne – mówiła drugiego dnia wędrówki do Niepokalanowa. Intencje w tej pielgrzymce rzeczywiście mają zawsze swoją wagę. – Pamiętam, chyba 4 lata temu wzięłam ze sobą dużo trudnych intencji znajomych, na przykład czyjąś depresję. Szło się ciężko. Zapomniałam akurat właściwych butów, więc odcisków było co nie miara. Później okazało się jednak, że ta osoba wyszła z bardzo ciężkiej depresji, tak, że lekarze mówili, że to cud – cieszy się wielokrotna pątniczka Hania Kocięta, która w tym roku dojeżdża do pielgrzymów z mężem i dwutygodniowym synkiem Filipem. Ta pielgrzymka to czas, gdy człowiek ma szansę zmienić swoje stereotypowe myślenie o wierze, o praktykach religijnych. Czas, by odkrywać ich piękno. – Jesteśmy na rekolekcjach w drodze, by zmienić słowo „muszę” na „chcę”. By inaczej popatrzeć na Mszę św., na moją wieczorną modlitwę. Chcę postawić Pana Boga na pierwszym miejscu i stawiam Go na nim – mówił ks. Wojciech Czajkowski, kierownik pielgrzymki podczas wieczornego apelu. W centrum hasła tego pielgrzymowania: „Aby nie traciły ducha” były dzieci i młodzież. To właśnie najmłodsze pokolenie dotyka wiele nowych uzależnień, jak narkotyki miękkie i twarde, hazard, internet. – Człowiek może znaleźć szczęście w relacji z Bogiem. Ale często szuka zamienników i wpada w błędne koło: jestem kimś, mogę wszystko, bo coś zażyłem. A potem muszę zażywać tego coraz więcej. Tu może pomóc tylko miłość bezinteresowna, która jest darem. Gdy nie trzeba sobie udowadniać, że coś znaczymy. Nie dlatego ze jesteśmy tacy inteligentni czy piękni, ale dlatego, że jesteśmy upragnionymi dziećmi Boga – mówi o. Tomasz Ludwiczak, franciszkanin – przewodnik pielgrzymki.Więcej na: plock.gosc.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół