• facebook
  • rss
  • Serwus, Madonna...

    ks. Henryk Seweryniak

    |

    Gość Płocki 27/2015

    dodane 02.07.2015 00:00

    Wiara. Obraz Matki Bożej Częstochowskiej jest ten sam, ale my jesteśmy inni... Kilka słów wspomnień i świadectwa, gdy Matka Boża nawiedza parafie nad Narwią i Orzycem.

    To była połowa lat siedemdziesiątych minionego wieku... Pierwsza parafia, wikariat w Żurominie. Tempo życia takie, że przestałem prowadzić seminaryjne zapiski. Wiele więc dat, wspomnień zatarło się już w pamięci. Ale to, co najważniejsze, pozostało.

    Anioły nad Żurominem

    Proboszczował wtedy w Żurominie niebywale utrudzony, a przy tym wrażliwy i dobry ks. kan. Kazimierz Żbikowski. Jestem święcie przekonany, że zdrowie i nerwy tego świątobliwego i pracowitego kapłana nadszarpnął szef ówczesnego Urzędu do spraw Wyznań w Ciechanowie, który wzywał go co kilka miesięcy „na rozmowę”. Po każdej takiej „rozmowie” ks. Żbikowski wracał chory, jakby o rok starszy. Do dziś nie potrafię sobie wytłumaczyć, jak tacy ludzie jak tamten urzędnik z Ciechanowa mogli, mogą spać spokojnie...

    Ks. kan. Żbikowski z trudem mówił już wtedy niedzielne kazania, ale nawiedzenie stało się jego pasją. Czuło się, że przygotowuje się do odwiedzin Matki w swoim domu. Starał się więc o sprowadzenie do Żuromina najlepszych misjonarzy. Ci, istotnie, stanęli na wysokości zadania... Jak oni dowodzili istnienia Pana Boga. Jak potrafili mówić o godności człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boże, o wierności małżeńskiej, o rodzinie. Jakie wzruszenie wywoływali, rozdając tysiące małych kartek z tekstami piosenek religijnych i ucząc „Mój Mistrzu... On szedł w spiekocie dnia i w szarym pyle dróg...” oraz „Wróć, synu, wróć z daleka...”.

    W trakcie misji wraz z grupą genialnej, żuromińskiej młodzieży (imiona i nazwiska wielu spośród nich pamiętam do dziś) przygotowywaliśmy czuwanie przed obrazem, dekoracje. Kościół żuromiński jest ogromny, ale mimo to Msza św. na przywitanie Matki Bożej była sprawowana na placu przykościelnym. Ks. Żbikowski posiadał całą kolekcję slajdów ze sztuką sakralną, z wzorami szat liturgicznych, dekoracji kościelnych... Przyniósł mi więc slajd, na którym znajdujący się w centrum ołtarza obraz jasnogórski kornie adorują cztery piękne anioły. Sugestia była jednoznaczna. Postaci aniołów liczyły co najmniej 5 metrów. Jeszcze dziś widzę, jak w dzień przed przybyciem obrazu, w trakcie misji, w jakimś zachlapanym farbą roboczym ubraniu wdrapuję się na potężną drabinę, podtrzymywaną przez kilku rosłych lektorów, żeby te anielskie figury raz jeszcze pokryć specjalną niebieską farbą, nabytą u wspaniałego pana Rutowskiego w rynku.... Nie było zadaszenia, wszyscy modliliśmy się pokornie jak nasze anioły, żeby nie padało, żeby wiatr nie zrzucił jasnogórskiej ikony, umieszczonej na dość mało stabilnej konstrukcji (nie wiedzieliśmy, że obraz to rodzaj „świętej Arki”, pokaźnej skrzyni).

    Wszystko odbyło się wspaniale, pogoda dopisała... Po Mszy św. sprawowanej przez księdza biskupa strażacy przenieśli obraz do wspaniale już wtedy odnowionej świątyni żuromińskiej. Znalazł się wysoko nad tabernakulum, a drogę do niego ścieliły setki kwiatów, przynoszonych przez wiernych jak do grobu Pańskiego na Wielkanoc i układanych na dwóch rzędach potężnych schodów. Skąd pomysł? Znowu od naszego świątobliwego księdza kanonika...

    Gdy biskup i wszyscy księża udali się na posiłek, my mamy czuwanie młodzieży... Ludzi nadal wielu, klęczą, modlą się przed obrazem... Śpiewa nasze „Emaus”, młodzież mówi wykute na pamięć wiersze... Nigdy nie zapomnę, jak dwoje młodych ludzi recytuje nie do końca ortodoksyjny wiersz Gałczyńskiego „Serwus, madonna” (ks. Twardowskiego wtedy „jeszcze nie było”):

    „To ty jesteś, przybrana w złociste kaczeńce, /kwiaty mego dzieciństwa, ty cicha wonna – że rosa brud obmyje z rąk, splatam ci wieńce – serwus, madonna.

    Nie gardź wiankiem poety, łotra i łobuza; /znają mnie redaktorzy, zna policja konna, /a tyś matka moja, kochanka i muza – serwus, madonna”.

    Jak będzie dzisiaj?

    Mówią dzisiaj – to już nie będzie tak jak wtedy, nie uda się... Oczywiście, wtedy chodziło między innymi o to, żeby pokazać „czerwonym”, „tamtym”, że i Gałczyński, i Libert, i Lechoń o Niej pisali, szukali Jej, po swojemu Ją kochali... I to jak pisali, szukali... Owszem, zmieniliśmy się, Polska się zmieniła, ale Matka Boża – jak mawia bp Piotr Libera – jest wciąż ta sama... I obraz jasnogórski wciąż jest ten sam: jak za komuny, jak za Piłsudskiego, jak za Jana Kazimierza, jak za Jagiełły... Gdzie więc szukać tego, kim jesteśmy, gdzie nasze gniazdo, gdzie jest serce, jeśli nie w Niej, nie w tym obrazie? I czy dzisiaj niepotrzebny jest już „Mój Mistrz”? Czy nie słychać jeszcze bardziej, wyraźniej wołania: „Wróć, synu, wróć z daleka”? Czy nowe pokolenia nie czują prawdy słów kolejnej strofy tamtego Gałczyńskiego: „Byli inni przede mną./ Przyjdą inni po mnie,/ albowiem życie wiekuiste, a śmierć płonna...”? I czy wciąż nie ma mazowieckich strażaków, co to i obraz przeniosą, i straż przy nim trzymają?

    Nie czujemy, że coś się zmienia? Że po pierwszym hauście wolności trzeba czegoś więcej? Że dosyć mamy ułudy brudnych, świńskich obrazów, pustosłowia lejącego się z ekranów telewizyjnych, pochwały moralnej „rozwałki Zachodu” w GW, „palikociarni”... Po prostu dosyć... Że to wszystko „już było”, przewaliło się. Że pora wracać... Do dobroci, sumienia, przyzwoitości, patriotyzmu, prostoty... Do Jana Pawła. Tak, do św. Jana Pawła II. Wtedy, przed czterdziestu laty, gdy Ona przyszła do nas w swej pielgrzymce po raz pierwszy, nawet nie przeczuwaliśmy, że wydarzy nam się coś takiego, ktoś taki jak św. Jan Paweł II! Czyżby już go nie było? A jeśli jest, bo przecież jest, to gdzie odnaleźć to, co Pan Bóg przez Niego nam dał, jak nie przy Niej?

    Może również tamte pomysły duszpasterskie nie były tylko na „tamte czasy”? Obraz, po odejściu z Żuromina, wędrował do sąsiednich parafii... Ks. Edward Rogoza, mój starszy kolega z wikariatu, rzucił więc myśl „nocnych pielgrzymek do Matki Bożej”. Z różańcem w jednej ręce, z latarką w drugiej wędrowaliśmy w kilkudziesięciosobowych grupach do Zielonej, do Lubowidza, do Poniatowa... Nikomu tego nie zgłaszaliśmy... Co jakiś czas z mroku wynurzała się milicyjna nyska, towarzyszyła nam krótko i odjeżdżała... Udało się. Stojąc pośród setek księży w solidnie przygotowanym na przyjęcie Matki Pułtusku widziałem łzy w oczach wielu, zaprawionych w duszpasterskich trudach i bojach, współbraci.

    Zapraszamy na nasz specjalny serwis na: plock.pl/Nawiedzenie2015.

    Maryja nawiedza

    5 lipca – Gołymin
    6 lipca – Krasne
    7 lipca – Maków Maz., parafia św. Brata Alberta
    8 lipca – Węgrzynowo
    9 lipca – Bogate
    10 lipca – Zielona Ciechanowska
    11 lipca – Przasnysz, parafia św. Wojciecha Pełny kalendarz nawiedzenia na naszej stronie internetowej: plock.gosc.pl.

    Uda się. Na pewno się uda.
    ks. Ireneusz Mroczkowski

    – Im więcej Jasnej Góry, tej z najgłębszych wspomnień konkretnych ludzi, przeniesiemy do naszych parafii, z tym większą nadzieją można patrzeć na owoce peregrynacji. Nie brak przecież głosów, że peregrynacje się przeżyły, że nowe czasy, nowa wrażliwość, nowa estetyka duchowa. Puste gadanie. Wystarczy stanąć w tłumnie pielgrzymów częstochowskich, posłuchać ich rozmów, problemów i modlitw. W Częstochowie nasze duszpasterstwo nabiera nagle konkretnego charakteru, religijność odnajduje wymiar społeczny, a życie publiczne nie wstydzi się wymiaru duchowego. W czasie peregrynacji każda wspólnota parafialna może zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Jakże dzisiaj nie dostrzec choćby problemów powołań, zarówno tych do kapłaństwa, jak i do różnych form indywidualnego życia konsekrowanego? Jakże nie dostrzec możliwości społecznego oddziaływania Kościoła, budowy wspólnot, ruchów i stowarzyszeń, promocji świeckich, wolontariatu chrześcijańskiego i promocji kultury katolickiej?

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół