• facebook
  • rss
  • Twardzi Mazurzy na kolanach

    bp Piotr Libera


    |

    Gość Płocki 13/2015

    dodane 26.03.2015 00:00

    Wiara. Biskupi męczennicy, władcy pokutnicy, prześladowani zakonnicy – oto płocka, mazowiecka procesja mocarzy krzyża, którą przybliża w tegorocznych kazaniach pasyjnych 
bp Piotr Libera.


    W roku jubileuszowym 940-lecia diecezji przez kolejne wielkopostne niedziele na Gorzkich Żalach w katedrze bp Libera głosi cykl kazań o mazowieckich mocarzach Krzyża Świętego. 
– Ile pokoleń ludzi Mazowsza uczyło się właśnie z Gorzkich Żali głębokiej, a zarazem serdecznej i rzewnej wiary... Uczyło się współczucia, wrażliwości, czułości, przebaczenia i cierpliwości w obliczu ogromu zła wojen, które przewalały się przez naszą ziemię; w obliczu cierpień związanych z zaborami i okupacjami, brankami, wywózkami i zsyłkami; w obliczu tylu człowieczych tragedii, zdrad, chorób, wypadów? Może więc nie musi nikogo dziwić, że właśnie to, tak bardzo polskie i tak bardzo mazowieckie nabożeństwo wybrałem jako sposobność do modlitewnego rozmyślania nad obchodzonym właśnie jubileuszem 940-lecia naszej diecezji; dziękczynienia za tyle lat obecności Kościoła na tej ziemi; prośby o trwanie przy krzyżu Chrystusowym dziś żyjących tu pokoleń – powiedział bp Libera w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu.


    Biskupstwo „pod krzyżem”


    – Po Wernerze, XII-wiecznym biskupie męczenniku, niewiele pozostało. Dawny kult jemu przypisywany ustał, ale pozostała herma i zygmuntowska tożsamość – mówił bp Piotr Libera w pierwszej nauce pasyjnej. To właśnie ten biskup sprowadził do Płocka relikwie św. męczennika Zygmunta, a potem sam zginął, zamordowany pod Drobinem.
– Słusznie szczycimy się i naszymi blisko tysiącletnimi dziejami, i naszym świętym średniowieczem, i męczennikiem Wernerem, i św. s. Faustyną. Ale może nie jest wcale rzeczą przypadku, że to właśnie tutaj Pan rozpoczął dzieło przypominania prawdy o miłosierdziu „dla nas i świata całego”? Może nie jest wcale rzeczą przypadku, że właśnie nasze miasto było i pozostanie niejako symbolem miasta szczególnie spragnionego i szczególnie potrzebującego Boskiego miłosierdzia? Jak bardzo potrzebowali go ci wszyscy, okrutnie przecież ukarani Bolestowie i Bieniaszowie, niebojący się podnosić ręki na swoich biskupów i kapłanów! Ci Masławowie – wszczynający rokosz przeciw prawowitym władcom! Ci Bolesławowie – wielcy, ale niewahający się oślepiać swoich braci! Ci Konradowie – sprowadzający Krzyżaków i w swojej żądzy władzy uderzający na Kraków! Ci „twardzi Mazurzy” – „dobrej chęci, ale złego skutku”, jak o nas mawiano! Tak, Mazowsze to ziemia potrzebująca i spragniona miłosierdzia jak mało która ziemia tego kraju... To także biskupstwo „pod krzyżem”... Może dlatego właśnie Płock i pokorna, cicha, ukryta Faustyna?


    Nawrócony władca


    Mówi się o nim, że był wybitnym władcą i wodzem Polski piastowskiej, ale niewielu pamięta o Bolesławie Krzywoustym jako człowieku głębokiej wiary, ukształtowanym na ideałach chrześcijańskiego monarchy, o „mocarzu Krzyża Świętego”. Miał wiarę głęboką, wiarę epoki krzyżowców. Był krzyżowym rycerzem w całym tego słowa znaczeniu, chociaż polem jego walki było Pomorze zamiast Palestyny.
Słynna jest bohaterska, pełna chrześcijańskiego poświęcenia obrona Głogowa podczas walk płockiego księcia z Niemcami, słynne jego boje o Pomorze i troska o nawrócenie mieszkających tam ludów. U źródeł tego wszystkiego stała owa głęboka Bolesławowa wiara i modlitwa. (...)
Nie przepalił wszelako Bolesław do cna Ewangelią swojego twardego charakteru. Cieniem na jego wiekopomnym panowaniu kładzie się rozkaz oślepienia przyrodniego brata Zbigniewa za to, że ten nieustannie przeciw niemu wichrzył. Ale też wzruszający jest przykład pokuty księcia. Oddajmy głos Gallowi Anonimowi: „Widzieliśmy [na własne oczy tego] potężnego księcia, jak przez dni czterdzieści pościł publicznie, leżąc wytrwale na ziemi w popiele i w włosienicy; (...) jak wyrzekł się obcowania z ludźmi, mając ziemię za stół, trawę za ręcznik, czarny chleb za przysmaki, a wodę za nektar. (...) Ponadto starał się o to, by co dzień odprawiano mszę za grzechy i za zmarłych, by śpiewano psałterz i z wielkim miłosierdziem niósł pociechę nędzarzom. A co ważniejsze, nad to wszystko i co za główną rzecz w pokucie się uważa, to, że wedle nakazu Pańskiego uczynił zadość bratu swemu i otrzymawszy przebaczenie pogodził się z nim” (...).
Dziękujmy miłosiernemu Bogu za to, że wznosząc śpiew Gorzkich Żali tu, w płockiej katedrze, przy czcigodnym grobie księcia Bolesława krzywoustego, człowieka „wiary głębokiej, wiary epoki Krzyżowców”, wiemy, więcej – możemy być pewni, gdzie są nasze korzenie, których nigdy nie wolno podcinać.


    Nauczyciel Mazowsza


    Nie był św. Andrzej Bobola Mazowszaninem, a okres jego życia to przełom XVI i XVII wieku, gdy Płock nie miał już takiego znaczenia jak w świętym średniowieczu. Były to jednak czasy Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Rzeczypospolitej bez stosów, Rzeczypospolitej sięgającej daleko na wschód, a jej znakomity rozwój umożliwiło między innymi kształcenie elity synów szlacheckich w rozsianych po całym kraju kolegiach jezuickich. Bardzo wcześnie zakładano je na Mazowszu, gdzie szlachty było szczególnie dużo. Jednym z najznamienitszych stało się kolegium pułtuskie. Następne powstawały w Płocku, w Warszawie, w Łomży. I oto odpowiedź na pytanie o kult św. Andrzeja: we wszystkich tych kolegiach Andrzej Bobola pracował! (...)
W Pułtusku odbywał roczną praktykę klerycką jako nauczyciel; w Płocku działał najpierw w roku 1633 – jako opiekun Sodalicji Mariańskiej, a potem, po rocznym pobycie w Warszawie, jako prefekt studiów w kolegium i kaznodzieja.
Był więc św. Andrzej prawdziwym magister Masoviae – nauczycielem Mazowsza. Z zachowanych relacji przełożonych wynika jednak także to, że bywał niecierpliwy, skłonny do gniewu i uparty. Te same świadectwa podkreślają wszelako, że rzetelnie się uczył i dlatego świetnie zdawał egzaminy; że pracował nad sobą, przez co stopniowo pokonywał wady; że swoją bystrością zyskiwał sobie życzliwość ludzi. (...)
W naszej katedrze jego męczeńska postać, podtrzymywana przez umęczonego Chrystusa, niemal zlewająca się z Nim w ogromie cierpienia z „ognistej miłości”, widnieje na środkowym witrażu nawy. Warto przyjść – może jeszcze w Wielkim Poście – do katedry w słoneczny dzień i poprosić przed tym przejmującym witrażem o wierność wierze, o moc chrześcijańskiego świadectwa w swoim życiu.


    Wystarczy, że Jezus wie


    Chyba najwięcej „świateł nadziei” w ciemnej nocy zaborów przyniósł działający wiele lat w diecezji płockiej bł. o. Honorat Koźmiński. Gdy upada powstanie styczniowe, carat w odwecie uderza w duchowieństwo i klasztory. Pozostawia się tylko parę klasztorów tzw. etatowych, praktycznie miejsc internowania. Jednym z nich staje się podwarszawski Zakroczym, do którego zostaje wywieziony także ojciec Honorat. Głównym polem swojej działalności czyni konfesjonał – carski więzień z przymusu staje się dobrowolnym „więźniem konfesjonału”, z którego będzie obficie rzucał ziarna wewnętrznej wolności...
Plan tego siewu był genialnie prosty: Polacy, pozbawieni państwa, organizacji społecznych i wielu duchowych źródeł, muszą podjąć walkę o odrodzenie moralne. Wprawdzie mężczyźni przegrali na polach bitwy, ale zostały kobiety. Kobiety różnych stanów – hrabianki, szlachcianki, kobiety z mieszczaństwa i chłopskie córki, panny i wdowy. Wiele z nich szukało realizacji ideałów wiary i patriotyzmu, wiele nie wahało się rezygnować z dostatniego i wygodnego życia, wiele było gotowych do największych poświęceń. Trzeba tylko te dusze odnaleźć, pokierować nimi i rzucić na głęboką wodę, powołując dla każdego stanu społecznego czy liczącej się grupy zawodowej w Królestwie oddzielne zgromadzenie. (...)
Aż trudno uwierzyć: jeden, zamknięty w konfesjonale i w celi zakonnej człowiek sprawi, że we włókienniczym centrum żyrardowsko-łódzkim co dziesiąta robotnica będzie jego „skrytką”. Że będzie żyła jak inne robotnice, często w dramatycznych warunkach, ale – będzie z nimi. Po prostu będzie – ze swoją wiarą, z nadzieją, z Chrystusową miłością...
W ciągu 28 lat, które przeżył w Zakroczymiu, ojciec Honorat założył tu ponad 20 wspólnot życia ukrytego. „Rzecz, która Was pocieszać powinna – pisał do swoich sióstr – jest to rodzaj życia Waszego ukrytego przed światem. Albowiem tajemnica Wcielenia ukryta była przed światem (...), ukryta była i w łonie Przenajświętszej Maryi Panny, ukryta była i w ciągu życia Pana Jezusa. (...) Uczcie się przeto szanować to ukrycie, do którego Was Bóg powołał i cieszcie się, że i w tym naśladować możecie Boga Wcielonego”.
To także wielkopostna nauka dla nas, w tych czasach ostentacji i prowokacji, czasach „wszystkiego na pokaz” i „wszystkiego na sprzedaż”. Czy jest jeszcze coś, czego nie powiedziano w tym świecie gadulstwa aż po pustosłowie? Czy jest jeszcze coś, czego nie pokazano w tym świecie obnażania aż po pornografię, podglądania aż po bezwstyd? Czy jest jeszcze coś bardziej nieobecnego w tym świecie jak bezinteresowność, czyli świadczenie ukrytego dobra? To „jest przymiotem miłości – pisał gdzie indziej błogosławiony Honorat – że im [dusza] jest prawdziwszą i szlachetniejszą, tym bardziej pożąda ukrycia, mało o sobie mówi, ale dużo czyni; nie szuka wdzięczności, ale okazji do poświęceń; nie chce być znaną ani zapłaconą, bo ma nagrodę w samym świadczeniu dobra tym, których miłuje. Najszczęśliwsza jest wtedy, gdy może uszczęśliwiać(...)”. Oto honoracka nauka Krzyża...•

Artykuł streszcza cztery pierwsze kazania pasyjne biskupa płockiego. 
O dwóch pozostałych napiszemy wkrótce.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół