• facebook
  • rss
  • Ksiądz cudem ocalony

    red.

    dodane 20.03.2015 20:43

    Publikujemy obszerne fragmenty wspomnień s. Marii Szczęsnej od Krzyża (1888-1977) o ks. Antonim Gruszczyńskim, przedwojennym kapelanie mniszek Klarysek Kapucynek w Przasnyszu.

    "Ksiądz Antoni Wojciech Gruszczyński urodził się w 1861 roku na Podolu. Święcenia kapłańskie przyjął w 1888 roku. Na Podolu był m.in. proboszczem w parafiach Buczacz i Felsztyn w diecezji kamienieckiej. Region bogaty, więc i duchowieństwo miało się dobrze. Ksiądz Gruszczyński miał zagospodarowaną plebanię i dochody niezłe, skoro mógł utrzymywać na swoje potrzeby parę cugowych koni i elegancki powóz.

    Parafia Felsztyn na Kresach, którą zarządzał, była wzorowa. Tam nie było ludzi letnich pod względem religijnym, wszyscy byli bardzo gorliwi, a było to zasługą ich proboszcza, który umiał z ludźmi postępować i ludzie go kochali. Tamtejsi katolicy musieli być bądź co bądź do Kościoła i do księdza przywiązani, jak tego dali dowody, gdy wybuchła rewolucja w 1917 roku.

    Uratował go komunista

    Najpierw, w 1920 roku, do opuszczenia Kamieńca Podolskiego został zmuszony biskup kamieniecki Piotr Mańkowski. Udał się na wygnanie. Jak wiadomo, prześladowanie dosięgło przede wszystkim inteligencję i duchowieństwo, szczególnie katolickie. Księża musieli albo uciekać, albo się ukrywać, albo ginęli za sprzeciwianie się konfiskacie mienia kościelnego i niepodporządkowanie się władzy bolszewików.

    Ksiądz Gruszczyński – jak później Matkom opowiadał, a nawet i na pierwszym kazaniu u nas wygłoszonym ten temat poruszył – przeżył swój tragiczny moment, gdy w jakąś niedzielę czy dzień świąteczny, szykując się do nabożeństwa w zakrystii, a może już po nabożeństwie, został nagle powiadomiony przez kogoś z parafian, że do kościoła spieszy grupa sowieckich żołnierzy, aby księdza aresztować.

    Natychmiast zorganizowano ucieczkę. Któraś z kobiet pożyczyła księdzu swoje niewieście ubranie – spódnicę, kaftan i chustkę na głowę. Z nóg ksiądz zdjął buty i postanowił iść boso, chociaż białe nogi go zdradzały, ale nie było czasu nad tym się zastanawiać. W grupie kobiet wracających z kościoła do domu ksiądz, ubrany jak jedna z nich, usiłował się przemknąć. W parafii przebywał jeden zaciekły komunista, który księdza nie cierpiał i ciągle głośno się odgrażał, że się z nim rozprawi. Gdy tak w tej grupie kobiet ks. proboszcz szedł pośpiesznie drogą, traf chciał, że naprzeciw ujrzano gromadkę Sowietów podążających w kierunku kościoła, a między nimi owego komunistę. Spojrzeli na siebie. Komunista księdza poznał. Jednak widocznie sumienie go ruszyło, może jakieś specjalne działanie łaski Bożej zakołatało do tej wrażliwej duszy, bo udał, że księdza nie widzi i obie grupy rozminęły się, każda podążając w swoją stronę.

    Opowiadał ksiądz matkom kapucynkom, że od tej pory zawsze się za tego człowieka modlił, aby mu Bóg przy śmierci okazał miłosierdzie, boć właściwie życie księdza wówczas wisiało na włosku, zależne tylko od dobrej woli owego komunisty.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół