• facebook
  • rss
  • Ksiądz, którego chce się pamiętać

    oprac. s. Donata Koska

    |

    Gość Płocki 12/2015

    dodane 19.03.2015 00:00

    Historia. Pochodził z Kresów, ale przez lata międzywojenne był kapelanem przasnyskich mniszek. Oto niesamowita biografia ks. Antoniego Gruszczyńskiego widziana okiem s. Marii Szczęsnej od Krzyża.

    To wspomnienie Marii Szczęsnej od Krzyża (1888–1977), zachowało się w kronikach klasztornych klarysek kapucynek w Przasnyszu, gdzie mieszkała.

    Ksiądz Antoni Wojciech Gruszczyński urodził się w 1861 roku na Podolu. Święcenia kapłańskie przyjął w 1888 roku. Na Podolu był m.in. proboszczem w parafiach Buczacz i Felsztyn w diecezji kamienieckiej. Podole – strony bogate, więc i duchowieństwo miało się dobrze. Ksiądz Gruszczyński miał zagospodarowaną plebanię i dochody niezłe, skoro mógł utrzymywać na swoje potrzeby parę cugowych koni i elegancki powóz. Parafia Felsztyn na Kresach, którą zarządzał, była wzorowa. Tam nie było ludzi letnich pod względem religijnym, wszyscy byli bardzo gorliwi, a było to zasługą ich proboszcza, który umiał z ludźmi postępować i ludzie go kochali. Tamtejsi katolicy musieli być bądź co bądź do Kościoła i do księdza przywiązani, jak tego dali dowody, gdy wybuchła rewolucja w 1917 roku.

    Uratował go komunista

    Najpierw w 1920 roku do opuszczenia Kamieńca Podolskiego został zmuszony biskup kamieniecki Piotr Mańkowski. Udał się on na wygnanie. Jak wiadomo, prześladowanie dosięgło przede wszystkim inteligencję i duchowieństwo, szczególniej katolickie. Księża musieli albo uciekać, albo się ukrywać, albo ginęli za sprzeciwianie się konfiskacie mienia kościelnego i niepodporządkowanie się władzy bolszewików. Ksiądz Gruszczyński – jak później Matkom opowiadał, a nawet i na pierwszym kazaniu u nas wygłoszonym ten temat poruszył – przeżył swój tragiczny moment, gdy w jakąś niedzielę, czy dzień świąteczny, szykując się do nabożeństwa w zakrystii, a może już po nabożeństwie, został nagle powiadomiony przez kogoś z parafian, że do kościoła pośpiesza grupa sowieckich żołnierzy, aby księdza aresztować. Natychmiast zorganizowano ucieczkę. Któraś z kobiet pożyczyła księdzu swoje niewieście ubranie: spódnicę, kaftan i chustkę na głowę. Z nóg ksiądz zdjął buty i postanowił iść boso, chociaż białe nogi go zdradzały, ale nie było czasu nad tym się zastanawiać. W grupie kobiet, wracających z kościoła do domu, ksiądz, ubrany jak jedna z nich, usiłował się przemknąć. W parafii przebywał jeden zaciekły komunista, który księdza nie cierpiał i ciągle głośno się odgrażał, że z księdzem się rozprawi. Gdy tak w tej grupie kobiet ks. proboszcz Antoni Gruszczyński szedł pośpiesznie drogą, traf chciał, że naprzeciw ujrzano gromadkę Sowietów podążających w kierunku kościoła, a między nimi owego komunistę. Spojrzeli na siebie. Komunista księdza poznał. Jednak widocznie sumienie go ruszyło, może jakieś specjalne działanie łaski Bożej zakołatało do tej wrażliwej duszy, bo udał, że księdza nie widzi i obie grupy rozminęły się, każda podążając w swoją stronę. Opowiadał ksiądz Matkom kapucynkom, że od tej pory zawsze się za tego człowieka modlił, aby mu Bóg przy śmierci okazał miłosierdzie, boć właściwie życie księdza wówczas wisiało na włosku, zależne tylko od dobrej woli owego komunisty.

    Cudem wyniesiony

    Parę tygodni ks. Gruszczyński na plebanii był nieobecny, ukrywając się gdzieś w okolicy. Gdy jednak zbliżał się jakiś odpust w jego parafii, postanowił wrócić i nabożeństwo odprawić. Wrócił, lecz czy nabożeństwo odprawił, nie wiem, ale w pewnym momencie zasiadł do konfesjonału, aby ludzi spowiadać. Wtem doniesiono, że znowu cały kościół jest otoczony przez wojsko sowieckie. Wówczas ludzie otoczyli ciasno konfesjonał, księdzu znów podano strój kobiecy, okryto go wielką chustą, dwóch silnych mężczyzn wzięło go na ręce i zaczęto wołać: „Ludzie, rozstąpcie się, bo kobieta zemdlała!”. Tłum się rozstąpił i w ten sposób wyniesiono księdza z kościoła do przygotowanego wozu, na który wsadzono rzekomo zemdloną kobietę i konie ruszyły w kierunku granicy polskiej. Po tym wywiezieniu ks. Gruszczyński już do swojej parafii na Podolu nie wrócił. Był zagrożony aresztowaniem i śmiercią. Jakimi drogami, czy w przebraniu, dostał się ksiądz do Polski, tego nie wiemy. Zamieszkał chwilowo w Pilicy pod Zawierciem (obecnie woj. śląskie) u swego rodzonego brata (który niedługo potem umarł na serce) i stamtąd rozpisał do wszystkich biskupów Polski listy, przedstawiając swoje położenie i prosząc o azyl w diecezji. Nie odpisali – co nawet księdzu prałatowi było przykre – prócz jednego, a był nim biskup płocki Antoni Julian Nowowiejski, który zaproponował ks. Gruszczyńskiemu obowiązek kapelana u sióstr kapucynek w Przasnyszu. Tym sposobem ksiądz prałat dostał się do nas i u nas zamieszkał. Była to prawdopodobnie, mniej więcej, pierwsza połowa roku 1921.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół