• facebook
  • rss
  • Wreszcie można ich godnie pożegnać

    Wojciech Ostrowski, ks. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 11/2015

    dodane 12.03.2015 00:00

    Historia. Żołnierze wyklęci wracają! IPN ogłosił kolejne nazwiska zidentyfikowanych ofiar komunistycznego terroru. Są wśród nich dwaj żołnierze wyklęci z północnego Mazowsza.

    Musimy rozmawiać o tym, co było i co jest w nas niezłomne, i o tym, co jest w nas nikczemne, co jest prawdziwym bohaterstwem i co jest zdradą. Szczególnie na Mazowszu trzeba o tym mówić i budować świadomość niepodległościowej tradycji w rodzinach. To był zawsze trudny temat do rozmów, bo właśnie nam, przez historyczne koleje dziejów, przetrącono kręgosłupy. Dlatego trzeba odbudowywać tę świadomość i pamięć o niezłomnych żołnierzach wyklętych w naszych małych ojczyznach – mówił na początku marca w płockim Muzeum Mazowieckim Arkadiusz Gołębiewski, reżyser filmów o kwaterze „Ł” i o dzieciach z kwatery „Ł”.

    Gdy Polska woła…

    Wciąż uczymy się historii małych ojczyzn, zwłaszcza tej najnowszej. Tej wiedzy nie podają podręczniki. Trzeba poszukać miejsc i świadków, przypomnieć twarze osób, o których nikczemnie mówiono „bandyci”. Dobrą okazją jest identyfikacja przez IPN kolejnych żołnierzy wyklętych z terenu północnego Mazowsza. Walczący w szeregach Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Józef Kozłowski ps. Las i Stanisław Kutryb ps. Rekin to dowódca i podkomendny z tego samego oddziału. Przed laty połączyła ich walka o niepodległą Polskę. W tym roku w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych jeszcze raz stanęli obok siebie. Wreszcie po latach ich zidentyfikowane szczątki mogą zostać pochowane z należną im czcią. Józef Kozłowski urodził się w 1910 r. na Łotwie. Przed wybuchem II wojny światowej odbył służbę wojskową w 5. Pułku Piechoty Legionów w Wilnie, uzyskując stopień podoficerski. Po zakończeniu służby wojskowej pracował jako gajowy. Gdy we wrześniu 1939 roku Armia Czerwona wkroczyła na Wileńszczyznę, ukrywał się przed aresztowaniem i wywózką. Od 1940 r. uczestniczył w konspiracji niepodległościowej, później prawdopodobnie należał do ZWZ-AK. W 1943 r. został zmobilizowany przez niemieckie władze okupacyjne do białoruskiej formacji policyjnej, w której podjął służbę prawdopodobnie na polecenie przełożonych z AK. W jego pododdziale służyło wielu Polaków. Po ewakuacji jednostki latem 1944 roku w rejon Ostrołęki Józef Kozłowski zdezerterował wraz z całą swoją kompanią i dołączył do oddziału leśnego AK, w którego szeregach uczestniczył na czele swoich kresowych podkomendnych w walkach z Niemcami podczas akcji „Burza” na Kurpiach. Działalność niepodległościową kontynuował po wkroczeniu Armii Czerwonej. Walczył w szeregach lokalnej formacji podziemia antykomunistycznego Armia Krajowa Obywatelska. Jesienią 1945 roku przeszedł wraz z podkomendnymi do XVI Okręgu „Mazowsze” Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowodzonego przez kpt. Zbigniewa Kuleszę „Młota”. Pełnił funkcję szefa Pogotowia Akcji Specjalnej powiatu ostrołęckiego, a następnie na obszarze całego XVI Okręgu NZW. Dowodził podczas wielu spektakularnych akcji przeciw siłom komunistycznym, m.in. rozbrajania wielu placówek MO i UB. Wiosną 1947 roku został wybrany na stanowisko komendanta okręgu. Rok później został awansowany na podporucznika. Jako nowy komendant rozwinął działalność i zreorganizował powierzoną mu strukturę terenową, powołując siedem komend powiatowych, których sztaby działały jako ruchome grupy partyzanckie. Zintensyfikował akcję informacyjno-propagandową, zwalczał przestępczość pospolitą. O determinacji Józefa Kozłowskiego i jego żołnierzy świadczy wydana w lipcu 1947 roku proklamacja, w której napisali: „Podjętą na nowo walkę z wrogiem całej ludzkości, komuną, uważamy za swój święty obowiązek, wypływający z konieczności. O walkę tę wołają do nas prochy naszych braci pomordowanych przez komunę, wołają łzy wdów i sierot, woła nasza umęczona ojczyzna i każdy prawdziwy Polak. (…) Dlatego z nieugiętą wolą będziemy kroczyć naprzód, aż do chwili, w której sztandar wolności powieje na gruzach zwalczonej komuny”. W wyniku donosu agenta UB ps. Zadrożny, ppor. Kozłowski został 25 czerwca 1948 roku otoczony wraz ze swym sztabem w leśnej bazie koło wsi Gleba na Kurpiach przez oddziały wojska, funkcjonariuszy UB i MO. Po trwającej kilka godzin nierównej walce ranny dostał się w ręce swych prześladowców. Skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na karę śmierci, został stracony 12 sierpnia 1949 roku w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. W tym samym roku, 19 maja, także w więzieniu mokotowskim, zginął podkomendny Józefa Kozłowskiego, Stanisław Kutryb ps. Rekin. Urodził się w 1925 r. w Oborczyskach, w gminie Baranowo, w powiecie przasnyskim. We wrześniu 1946 r., po otrzymaniu powołania do „ludowego” Wojska Polskiego, zaczął się ukrywać, a w dwa miesiące później dołączył do oddziału partyzanckiego Pogotowia Akcji Specjalnej XVI Okręgu NZW dowodzonego przez Józefa Kozłowskiego ps. Las. Okresowo pełnił służbę ochronną przy sztabie XVI Okręgu NZW. Po reorganizacji okręgu w 1947 r. ponownie został skierowany do służby w patrolach PAS. 6 października 1948 roku grupa operacyjna UB, działając na podstawie donosu agenta ps. Błyskawica, zlokalizowała ziemiankę jego patrolu. Razem ze Stanisławem Kutrybem został ujęty także Stanisław Bączek ps. Wiewiórka. „Rekina” osadzono w areszcie UB w Przasnyszu, skąd po dwóch miesiącach został przewieziony do więzienia mokotowskiego. Po pokazowej rozprawie na sesji wyjazdowej w Przasnyszu Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał go na karę śmierci.

    Dopóki żyjemy…

    Temat żołnierzy wyklętych nie jest tylko historią, czymś przeszłym i zamkniętym. Opowiada o nich Arkadiusz Gołębiewski w swych filmach. – Ciągle szukamy miejsc pochówku rotmistrza Pileckiego czy gen. Emila Fieldorfa „Nila”, przed nami powtórny pochówek żołnierzy wyklętych. Ta historia wciąż się dzieje, bo żyją rodziny, dzieci żołnierzy wyklętych – mówił reżyser na spotkaniu w Płocku. I właśnie o nich opowiada najnowszy dokument Gołębiewskiego. To przejmujący film. Są w nim obrazy z ekshumacji na „Łączce” cmentarza wojskowego na Powązkach – to jakby zapis kolejnych etapów odkrywania ziemi, szukania kości pomordowanych i ich identyfikacji. Tym obrazom towarzyszą twarze i świadectwa dzieci oraz wnuków żołnierzy wyklętych: „Do tej pory byliśmy obywatelami II kategorii, trzymanymi w zakłamaniu”, „nigdy ojca nie widziałem: ani żywego, ani martwego”, „nie wiedziałam, jak wygląda. Był dla mnie jak idea, jak wartości, za które walczył” – to niektóre ze świadectw dzieci wyklętych. Przejmujące są fragmenty listów pisanych przez rodziny, a zwłaszcza dzieci do swych uwięzionych ojców i matek. Zacytowany jest m.in. wiersz 9-letniego chłopca do Bieruta, z prośbą o uwolnienie jego matki(!). Dokument przedstawia też przejmujące listy pisane z celi śmierci. A co mówią na koniec same dzieci rodziców wyklętych? Że „nie można iść z nienawiścią na drugą stronę”, że „biją się w sobie z pokusą zemsty”, że „przebaczyli, ale nie zapomną”. W płockim spotkaniu wzięła udział siostrzenica Zygfryda Kulińskiego, jednego z wyklętych. – Gdy mój wuj wstąpił do Armii Krajowej, już nie mógł wrócić do domu. W ostatnim liście z więzienia napisał: „Za młody jestem, żeby umierać” – a miał wtedy 25 lat. Gdy pewnego razu posłaliśmy do niego paczkę na Wielkanoc, ta wróciła na nasz adres. Wtedy zrozumieliśmy, że on nie żyje. Jeszcze mama pojechała na Rakowiecką do Warszawy i pytała o brata, ale powiedziano jej: „Jeszcze o tego bandytę pytasz?”. Zabili go 9 lutego 1950 roku – mówiła pani Barbara z Płocka, siostrzenica Zygfryda Kulińskiego. – Moją rodzinę uznano za typowo „bandycką”, przez mojego wuja i ojca, który pomagał AK-owcom. Został skazany na 12 lat więzienia. Później ojciec nie chciał na te tematy rozmawiać. Przy rodzinnych spotkaniach siedział zawsze z boku, nie odzywał się. Nosił to głęboko w sobie i przeżywał – opowiadała pani Barbara.•

    Ostatnia komenda

    ks. Ireneusz Mroczkowski „Z Bogiem, panowie!”. Takimi słowami pożegnał współwięźniów 8 lutego 1951 roku major Zygmunt Szendzielarz. Idącemu na śmierć niezłomnemu, a wyklętemu przez zwolenników komunistycznej władzy żołnierzowi w ponurej celi więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie odpowiedział chór głosów: „Z Bogiem”. – Odkąd przeczytałem o tym pożegnaniu, nie daje mi ono spokoju. Toż to tak samo bohaterskie, jak i polskie wejście marszowym krokiem ku swemu przeznaczeniu. Żołnierski honor, którego nie naruszyły upiorność więziennych cel, obojętność świata, bezsilność najbliższych, arogancja katów. To, że ci ludzie z taką klasą składali najwyższą ofiarę, świadczy o jakości ich człowieczeństwa. Pokrzepia mnie myśl, że w koszmarnych kazamatach czuli się dumnymi Polakami, niezłomnymi żołnierzami, zwycięzcami w słusznej sprawie. Wierzę, że w dumnych słowach: „Z Bogiem, panowie!”, ocalona została nadzieja i przekonanie, że pamięć o nich nie skona w dołach na śmieci. I nie skonała. Wielu niezłomnych, a wyklętych bohaterów, potrafiło w obliczu śmierci wybaczyć swoim wrogom. To patriotyzm najwyższej próby, najczystsze chrześcijaństwo, najprawdziwsza odpowiedź na komendę „Z Bogiem, panowie!”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół