• facebook
  • rss
  • Bliźniaczki w habitach

    Beata Żabka

    |

    Gość Płocki 06/2015

    dodane 05.02.2015 00:00

    Powołanie przyszło całkiem niespodziewanie, wspominają siostry ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny – s. Leonarda i s. Marietta – pochodzące z diecezji płockiej, w rozmowie z Beatą Żabką.

    Beata Żabka: Wielu by dziś powiedziało, że dwie zakonnice z jednego domu to za dużo…

    S. Marietta: Wiemy, że byłyśmy wymodlone przez rodziców, bo po śmierci naszego brata Adasia, który żył zaledwie jeden dzień, rodzice czekali aż 13 lat. Mama miała już 45 lat i właśnie wtedy urodziła trojaczki – trzy dziewczynki: Jadzię, Tereskę i Marylkę. Zaraz na drugi dzień ochrzczono nas w kaplicy szpitalnej, bo byłyśmy małe i słabe. Tata wspominał, że paluszki miałyśmy jak zapałki. Przeciętna waga: około kilograma. Chrzestnymi byli lekarze z oddziału w Sierpcu. Po latach udało się nam dotrzeć tylko do chrzestnej Jadzi. Inni, młodzi ludzie, pozmieniali miejsca pracy, a ich adresy okazały się nieaktualne. Rodzice przeżywali ogromną radość. Po trzech miesiącach Marylka zmarła. Wszystkie trzy byłyśmy chore, ale my przeżyłyśmy. Po jej śmierci mamie ubyło połowę sił, ale jeszcze miała dla kogo żyć. Szybko pozbierała się po tej stracie, bo dwoje dzieci też wymagało od niej nie lada wysiłku.

    Bliźniaki mają czasami swoje zabawne historie. A jak było z Siostrami?

    s. Leonarda: W szkole średniej mieliśmy wspaniałego matematyka. Tuż przed maturą wszyscy poprawiali oceny. Ja poprawiałam coś z geografii, a Jadzia chciała mieć czwórkę z matematyki. Poszłam za nią, by napisać dodatkowy sprawdzian, a ona za mnie na geografię. Wszystko by się udało, gdyby nie zazdrość koleżanek. Powiedziały matematykowi, że się zamieniłyśmy, że to nie Jadwiga pisała sprawdzian. Nauczyciel bacznie patrzył na wszystkich w klasie spod okularów, a po chwili powiedział: „Jak im się udało, to niech tak będzie!”. Odetchnęłyśmy z ulgą.

    Podobno autorytetem Sióstr w młodości był niewierzący profesor…

    s. Leonarda: W szkole średniej w Bieżuniu chodziłyśmy na dodatkowe fakultety do prof. Stefana Gołębiowskiego, który bodajże jako jedyny przetłumaczył na język polski Horacego w całości. Myślałyśmy o filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Prof. Gołębiowski mówił o sobie, że jest człowiekiem niewierzącym. Miał jednak swoje życiowe hasło, według którego postępował: „Jest tylko jeden czas, czas dla ludzi”. Nam, kilku młodym ludziom z LO w Bieżuniu, bardzo to imponowało. U starego profesora uczyliśmy się języka francuskiego i łaciny. Oglądaliśmy u niego poniedziałkowe teatry telewizji i potem dyskutowaliśmy o danej sztuce. Pan Gołębiowski widział w nas swoich przyszłych następców działalności dydaktycznej i społecznej w regionie. A tymczasem z naszej grupy dwóch kolegów poszło do seminarium w Płocku, a ja z siostrą do zakonu. Profesor denerwował się na takie wiadomości i mówił: „Wygląda na to, że ja ich wszystkich przygotowuję do seminariów i do zakonu”. Chyba coś z tego było, bo przekazał nam swoje najgłębsze ideały, których rezultatem były takie, a nie inne wybory młodych ludzi. Za którymś razem podziękował mi za przysyłany co roku opłatek. Wiem, że przed śmiercią spowiadał się u ks. Jana Twardowskiego.

    Przez rodzinę, szkołę czy przez przypadek… Jak się odkrywa takie powołanie jak wasze?

    s. Leonarda: W trzeciej klasie szkoły średniej po raz pierwszy pojechałyśmy na Jasną Górę. Było bardzo dużo ludzi, cisnęli się, bo każdy chciał zobaczyć Matkę Bożą i prymasa Stefana Wyszyńskiego. A prymas stał w drzwiach zakrystii jasnogórskiej: wysoki, w płaszczu i głośno mówił: „Dzieci moje, nie tłoczcie się tak, wszyscy mnie zobaczycie”. I tak było. Zapamiętałam z jego słów te, w których mówił, że jeśli ktoś chce dobrze przeżyć swoje życie i nie zmarnować go, to niech się modli do Matki Bożej słowami aktu oddania się Maryi: „Matko Boża, Niepokalana Maryjo, Tobie poświęcam ciało i duszę moją…”. Zrobiłam sobie wtedy takie postanowienie, że tę modlitwę będę odmawiała codziennie, bo chciałam dobrze przeżyć swoje życie. Na rekolekcjach powołaniowych u sióstr Misjonarek Świętej Rodziny w Częstochowie w ankiecie końcowej napisałam, że siostrą zakonną to nigdy nie będę i wcale nie z przekory. Ale od tego czasu zaczęły się moje częste osobiste rozmowy sam na sam z Panem Bogiem. Byłam na rozstaju dróg, czy iść za Jezusem w życiu zakonnym, czy studiować polonistykę.

    Był jakiś szczególny dzień, który zdecydował, że to jednak powołanie zakonne?

    s. Leonarda: Tak, szalę przechyliły uroczystości obłóczyn sióstr zakonnych w Chełmnie nad Wisłą, na które zostałyśmy zaproszone. Do zgromadzenia pierwsza zgłosiła się Jadzia, o czym nie wiedziałam. I zaraz po niej ja, tego samego dnia. O tych sprawach nie rozmawiałyśmy ze sobą. Każda miała swoją tajemnicę z Jezusem. Mnie do zgromadzenia przyjęto warunkowo, jeśli rodzice wyrażą zgodę, bo więcej dzieci już nie było. W drodze powrotnej siostra, która prowadziła samochód, a o niczym nie wiedziała, w pewnym momencie powiedziała: „Czuję, że wiozę postulantki”.

    Jak rodzice przyjęli wasz pomysł na życie?

    s. Marietta: Mama chciała po swojemu, po matczynemu wyczuć, czy moja chęć wstąpienia do zakonu nie jest jakąś fanaberią, czy kolejnym wygłupem młodości, bo tego też w życiu nie brakowało. Poszłyśmy z mamą ukopać ziemniaków, pamiętam – to było pod wieczór – i tam odbyła się decydująca rozmowa zakończona jej słowami, których nie zapomnę do końca życia: „Jak mi Pan Bóg was dał, to teraz jak chce mieć was dla siebie, to ja nie mogę Mu tego odmówić”. I stało się, po maturze rozpoczęłyśmy nowicjat, a rodzice znów zostali sami, chociaż mieli swoje plany względem nas. Sąsiedzi się dziwowali, zwłaszcza tacie, że nam obu pozwolił iść do zakonu. Jedna – to jeszcze można zrozumieć. Ale dwie?

    Czym kierowałyście się przy wyborze właśnie tego zgromadzenia?

    s. Leonarda: Siostry misjonarki znałyśmy z Ratowa. Tam niedaleko mieszkała nasza babcia. Widziałyśmy siostry, jak się modliły. Czasem coś od nich otrzymałyśmy, jakiś obrazek, przypinkę, malowane jajko na Wielkanoc. Potem w szkole średniej często się spowiadałyśmy u miejscowego kapelana, ks. Grabowskiego. Jedna z sióstr po latach powiedziała, że siostry się modliły, żeby te długie rozpuszczone włosy Pan Jezus nakrył welonem. Do zgromadzenia nie trafiłyśmy jednak przez kontakt z siostrami z Ratowa, ale przez gazetę „Przewodnik Katolicki” z Poznania. s. Marietta: Kiedyś wracając autobusem ze szkoły, spotkałyśmy siostrę zakonną. Usiadłam obok niej, bo tylko to miejsce było wolne. Zaczęłyśmy rozmawiać. Siostrę ośmieliło do rozmowy to, że taka młoda dziewczyna miała na palcu pierścionek z Matką Bożą Niepokalaną. Okazało się, że ona pisała pracę magisterską i zbierała w archiwum w Płocku materiały historyczne o zgromadzeniu. Poprosiła o modlitwę w intencji szczęśliwego sfinalizowania magisterium. Wspólna podróż trwała tylko dziesięć minut. Na jej zakończenie siostra dała mi różowy różaniec. Musiałam wysiadać, nie zdążyłam zapytać nawet o jej imię ani o nazwę zgromadzenia. Wiedziałam tylko, że jechała do Mławy. Męczyło mnie, że nie podziękowałam za różaniec. Próbowałam jej szukać, ale nic to nie dawało. Wtedy wpadłam na pomysł, żeby całą historię opisać w „Przewodniku Katolickim”, który tato co niedzielę przynosił z kościoła. Artykuł „Nieznajoma z podróży” ukazał się trzy miesiące później, w marcu 1977 r. Przyszło nawet jakieś honorarium. To były moje pierwsze zarobione pieniądze. Podobno w redakcji byli zainteresowani tym, czy ta siostra się odezwie. Napisała list. Z s. Adrianą spotkałyśmy się dopiero w czerwcu na odpuście ku czci św. Antoniego. Okazało się, że była ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny.

    Czy w zakonie trzeba zmienić imię?

    s. Leonarda: Tak, zmieniłyśmy imiona ja – s. Leonarda, a Jadzia – s. Marietta. Po latach mama się dziwiła: „Jak wam to przyszło do głowy, by iść do zakonu? Ja wychowałam się w pobliżu sióstr, widziałam, jak się modliły, jak pracowały w ogrodzie, na polu, przy kręceniu torfu, a nigdy tak nie pomyślałam. To musi być łaska powołania”.

    Wydawać się może, że życie w zakonie jest monotonne. A jak jest naprawdę?

    s. Leonarda: Tu niespodzianek nie brakuje. Ja na początku byłam katechetką w Białymstoku i w Lublinie, a Jadzia w Różanie. Potem rozpoczęłam filologię polską na KUL, a s. Marietta studiowała w Łomiankach nauki o rodzinie. Po studiach jeszcze jeden rok pracowałam w katechezie – uczyłam dzieci pierwszokomunijne i w technikum kolejowym w Lublinie. Moi uczniowie obiecywali, że jak już będą prawdziwymi kolejarzami, to mi załatwią taki bilet kolejowy, że będę mogła jeździć po całej Polsce za darmo. Do dzisiaj go nie mam! Byłam mistrzynią nowicjatu i postulatu. Wyjeżdżałam do pracy na Litwę i na Białoruś. Przez dziewięć lat byłam też odpowiedzialna za przedszkole w Zakopanem i w Lublinie. Ukończyłam w tym czasie pedagogikę wczesnoszkolną z elementami przedszkolnej i zarządzanie. Teraz jestem w Częstochowie. Zbieram siły i doświadczenie pedagogiczne, piszę pracę doktorską o założycielce – bł. Bolesławie Lament jako wychowawczyni. S. Marietta od ponad 30 lat pracuje jako katechetka, w większości na placówkach w diecezji płockiej. I kto by pomyślał, że w innym powołaniu spotkałybyśmy tylu ludzi, pracowałybyśmy w tylu ciekawych miejscach i miały tyle niezwykłych wyzwań...

    W sierpniu mija 35 lat waszego życia zakonnego. Czy to był… dobry wybór?

    s. Leonarda i s. Marietta: Tak! I nie zamieniłybyśmy go dzisiaj na żaden inny!•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół