• facebook
  • rss
  • Przeżyliśmy dzięki Bogu

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 41/2014

    dodane 09.10.2014 00:00

    Historia. – Byłam wtedy 4-letnim dzieckiem i zasłaniałam oczy, bo nie mogłam na to wszystko patrzeć – mówi Teresa Krowicka, opowiadając o chwilach spędzonych w obozie w Działdowie. Jej starsza siostra, Zofia, musiała przeżywać wszystko jeszcze bardziej świadomie.

    Do niemieckiego obozu w Działdowie rodzina Wysockich z Płocka trafiła w komplecie. Mama Halina, tata Stanisław i ich dzieci: najstarsza Zofia, dwóch synów i najmłodsza Teresa, nazywana Stokrotką. – Był wieczór. Przyszedł Niemiec i kazał się pakować. Nasza mamusia była zrozpaczona i nie wiedziała, co łapać. On spojrzał na krucyfiks, wiszący nad dziecięcym łóżeczkiem, i powiedział: „Tylko On może pomóc”. – Ten krzyż był cały czas z nami – wspominają po latach siostry.

    Tamta noc

    – Długo po wyzwoleniu dziwnie bałam się tłoku i do tej pory nie lubię przebywać w miejscach, gdzie jest dużo osób. Myślę, że to pozostało mi z tamtych czasów, z wywózki, z obozu. Miałam 4 lata, zasłaniałam oczy, bo nie mogłam na to wszystko patrzeć – mówi Teresa Krowicka. Co jeszcze pozostało? Na przykład silny strach przed rozłączeniem z bliskimi. Ich rodzina miała to szczęście, że jednak nie została rozdzielona. W lutym 1941 r., po tym, jak ów Niemiec kazał im się pakować i wziąć krucyfiks, trafili razem najpierw na plac ówczesnego gimnazjum żeńskiego im. Reginy Żółkiewskiej w Płocku. – Na tym placu byli spędzeni wszyscy do wysiedlenia. Siostra, najmłodsza, leżała na jakichś workach. Potem wieczorem przeprowadzili nas do szpitala Świętej Trójcy i tam spędziliśmy noc. Wszyscy stłoczeni. Spało się tak na siedząco, kucając, jak kto mógł. Na drugi dzień były podstawione samochody ciężarowe z plandekami. Tam znów nas upychano. Rodzice nas podnieśli, bo byliśmy przecież jeszcze mali. Dochodziły słuchy, że będą nas wieźli do Działdowa – mówi pani Zofia, która miała wtedy 13 lat. Co to znaczy, że dochodziły słuchy? – Niektórzy Polacy przecież znali niemiecki i coś rozumieli z rozmów żołnierzy i żandarmów. Czy mieli coś do jedzenia? – Tylko to, co udało się rodzicom wziąć ze sobą z domu. Nikt przecież ich nie karmił. Co jeszcze zapadło w pamięć z tamtej nocy? – Jedna wielka rozpacz, zwłaszcza rodziców. I masa samochodów, bo i masa ludzi była przeznaczona do wywózki.

    Wyczekiwanie

    W oddalonym o ponad 100 kilometrów od Płocka Działdowie (Soldau) stłoczono ich w koszarach wojskowych, w których Niemcy urządzili obóz. Rodzina państwa Wysockich była jedną z wielu, jakie zostały przeznaczone do wysiedlenia z kilku powiatów północnego Mazowsza. – Rozparcelowali nas po różnych pomieszczeniach. Nie było tam nic, żadnych łóżek, pryczy, tylko trochę słomy na podłodze. Mamusia mówiła, że gdy chciała podgarnąć dla nas trochę słomy, sami z tatą musieli spać na betonie. Trudno powiedzieć, ile nas było w jednym pomieszczeniu. Byliśmy stłoczeni, rodzina koło rodziny – opowiadają panie Zofia i Teresa. Jak wyglądały warunki higieniczne działdowskiego obozu? Były straszne. – Tak jak się chodziło w ciągu dnia, tak się spało. Nikt się nie przebierał, jeśli znalazła się odrobina wody, to było dobrze. Poza tym to była zima, mróz – mówi Teresa Krowicka. W pomieszczeniach panował dojmujący smród. Niektórzy załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne w środku, bo bali się iść do latryny na zewnątrz. Zresztą, co to były za latryny – zbite z desek siedziska z otworami, bez żadnej osłony. Jak pilnujący Niemiec był niecierpliwy, po dwóch minutach kopał więźnia. Niektórzy za bardzo się bali. – Nasza mama chodziła tam jednak z nami. Była bardzo odważna – wspomina pani Teresa. – Tak, to wszystko musiało być bardzo upokarzające – przyznaje. Panował głód. Najstarsza z rodzeństwa Wysockich, Zofia, wspomina: – Trzeba było pilnować, żeby otrzymać posiłek. A te posiłki to były tylko czarny chleb i kasza. Ciągle kasza. Do picia tylko kawa zbożowa. Między obiadem i kolacją przynosili dla dzieci do lat siedmiu mleko. Dostawała je nasza Stokrotka. Pani Teresa dodaje: – Mamusia wspominała, że to była bardziej woda zaprawiona mlekiem. Jak wyglądał dzień w obozie? – Tam się nie pracowało, nic nie robiliśmy – wspominają siostry. Trzeba było tylko czekać, co dalej z nimi zrobią. – I to właśnie było najgorsze. Gdybyśmy mogli się czymś zająć… A tak tylko czekaliśmy. A przecież już dochodziły słuchy o rozstrzeliwaniach. Naszym rodzicom musiały przychodzić do głowy najgorsze scenariusze – mówi pani Teresa, która nie może opanować wzruszenia. Po latach coraz bardziej wczuwa się w sytuację własnych rodziców, ich strachu o czworo małych dzieci.

    Nowy więzień

    Trzy, może cztery tygodnie więzienia w działdowskim obozie ciągnęły się jak wiek. Siostry nie pamiętają, czy były w tym czasie jakieś znajome rodziny i ile było dzieci. Musiało jednak trochę ich być, skoro Niemcy „serwowali” tę wodę zabarwianą mlekiem. W obozie byli też Żydzi, ale w oddzielnych barakach. Cały obóz natomiast był innym, wyizolowanym światem na terenie Działdowa, otoczonym kolczastym drutem. Pewnego wieczoru tata Stanisław stał się przypadkowym widzem przywiezienia nowego więźnia. – Był taki moment, że tatuś wyszedł i za chwilę wrócił, i powiedział po cichu do mamy: „Haluśka, przywieźli arcybiskupa Nowowiejskiego”. Tatuś widział wcześniej biskupa, wiedział, jak wygląda, dlatego go rozpoznał. Pamiętam, że trzymał się za głowę, bo dostał kolbą od Niemca, który zdziwił się, że więzień znalazł się w tym czasie na zewnątrz. Mamusia od razu miała łzy w oczach – mówi pani Zofia. Czy to wszystko nie było wystarczającym powodem, żeby zbuntować się, obrazić się na Pana Boga? Siostry wspominają: – Mama kazała nam cały czas się modlić, bo największa pociecha jest w rozmowie z Bogiem. Rano był pacierz, oczywiście mówiony po cichu, i była też modlitwa po jedzeniu. Tak byliśmy od początku nauczeni. Obóz w Działdowie był dla nich obozem przejściowym. Stamtąd, wagonami bydlęcymi, zostali wywiezieni do Piotrkowa Trybunalskiego, a potem do pobliskiej Longinówki. Trafili do gospodarza, którego nazwisko obie panie zapamiętały jako Inger. Tam otrzymali pomieszczenie na mieszkanie, ale pracowali u innych gospodarzy. Kolejne miesiące głodu, niepewności; w międzyczasie ciężka choroba ojca Zofii i Teresy. Wreszcie ucieczka do Płocka, która sama w sobie jest oddzielną, dramatyczną historią. Stanisław musiał bowiem wcześniej przedrzeć się z powrotem, żeby sprawdzić, jaka jest sytuacja w mieście, które musieli opuścić. Potem 32-letnia Halina z czworgiem dzieci podążyła szlakiem męża, pokonując na czworakach niebezpieczną, strzeżoną granicę z Generalnym Gubernatorstwem w Łowiczu. – Mamusia zawsze powtarzała, że gdy przedzierała się z nami przez tamtą granicę, to czołgała się i modliła – wspomina pani Teresa.

    Wdzięczność

    Niedawno, po raz pierwszy od tamtych wydarzeń sprzed 70 lat, obie siostry zobaczyły pozostałości po obozie w Działdowie. Z płockiej Stanisławówki pojechała pielgrzymka autokarowa pod opieką duszpasterską ks. Kazimierza Kurka. Uczestnicy modlili się nie tylko przy samym budynku dawnego obozu, ale także w miejscach, gdzie Niemcy rozstrzeliwali więźniów: w lasach komornickim, żwirskim i w lesie w Białutach. Przez niewielki i zapomniany dziś obóz hitlerowski w Działdowie przeszło ponad 200 tys. osób; dla około 10 tys. stał się on miejscem kaźni. Tam zginęli błogosławieni płoccy męczennicy – abp Antoni J. Nowowiejski i bp Leon Wetmański, a także 50 księży diecezjalnych i 7 księży salezjanów, głównie z Płocka. W obozie Soldau znaleźli się też ojcowie ze zgromadzeń pasjonistów i kapucynów, a także siostry kapucynki z Przasnysza, płockie pasjonistki i służki z Rokicia, z których część poniosło śmierć. – To była bardzo intensywna pielgrzymka – przyznaje Teresa Krowicka. Intensywność polegała nie tylko na napiętym programie; było też wiele emocji. – Gdy zobaczyłam tamten budynek z czerwonej cegły, od razu przypomniały mi się opowieści rodziców. Cały czas myślałam o nich i o tym, co tam przeżyli. Miałam taką potrzebę, by tam jechać, bo tam byłam jako malutkie dziecko i nasi rodzice tam tak cierpieli. Ale jednocześnie chciałam uklęknąć i pomodlić się w tamtym miejscu. Podziękować za to, że Bóg nas nie opuścił i dał siłę rodzicom, abyśmy wszyscy przetrwali – mówi pani Teresa. Co zostało w nich z tamtej, strasznej, wojennej lekcji? – Myśmy od Niemców doznali wielkiego cierpienia, ale trzeba też oddać sprawiedliwość tym, którzy byli dobrzy i pomagali nam, Polakom. We mnie te doświadczenia pozostawiły wrażliwość na łzy i na głód drugiego człowieka – odpowiada dawna Stokrotka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół