• facebook
  • rss
  • Jak Maryja dotrzymuje słowa

    s. Włodzimierz Piętka

    |

    Gość Płocki 40/2014

    dodane 02.10.2014 00:00

    – Nigdy nie zwątpiłam w wierze, bo zawierzyłam się Matce Bożej. Od dziecka należę do Niej – mówi pani Janina, uczestniczka powstania warszawskiego, wojenna sanitariuszka, a po wojnie pedagog i wychowawca pokoleń pielęgniarek w szkole medycznej w Ciechanowie.

    Jak sama mówi, bardzo dużo przeżyła, może aż za dużo jak na jedno życie. Podczas spotkania w jej domu pokazuje nam rodzinne pamiątki i obraz Matki Bożej, który odziedziczyła po rodzicach. Spisała wcześniej swoje wspomnienia, ale też chętnie dzieli się swoją historią.

    Urodziła się w 1920 roku. Pochodziła z bardzo religijnej i patriotycznej rodziny. Jej ojciec walczył pod dowództwem gen. Hallera, później był starszym wachmistrzem w 11. Pułku Ułanów w Ciechanowie, działał w Akcji Katolickiej Mężczyzn przy ciechanowskiej farze. Zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen już w 1940 roku. Ona, córka ułana, po maturze w Ciechanowie w 1938 roku rozpoczęła naukę w Szkole Pielęgniarstwa PCK w Warszawie. Szybko musiała jednak przejść od teorii do praktyki, bo już na początku wojny przeszła chrzest bojowy jako pielęgniarka. „Wrzesień 1939 roku zastał mnie w Warszawie w szpitalu PCK na Smolnej. Jako słuchaczka trzeciego semestru pełniłam dyżury na sali opatrunkowej z dr. Królikowskim i dr. Polakiem. Po zbombardowaniu pawilonów od ul. Czerwonego Krzyża szpital został ewakuowany na plac Grzybowski, do podziemia kościoła Wszystkich Świętych. Sala opatrunkowa zmieniła się w operacyjną, gdzie przy transporcie 400–500 rannych żołnierzy z przedpoli Warszawy pracowaliśmy dzień i noc w warunkach prymitywnych, polowych, dokonując operacji, transfuzji, itp. Za bohaterską i ofiarną postawę, zostałam odznaczona krzyżem Virtuti Militari V klasy” – pisze Janina Hikiert w swoich wspomnieniach. A w rozmowie z „Gościem Płockim” dodaje: – To było okropne doświadczenie. Młodzi żołnierze strasznie cierpieli, operowaliśmy bez znieczulenia. Jak dzielni byli ci młodzi ludzie! To mi utkwiło w pamięci i fizycznie mnie zahartowało na całe życie. Szkołę ukończyła w 1941 roku. Jej pierwsza samodzielna praca była w szpitalu na Czerniakowskiej. Tam związała się z polskim ruchem oporu. W jej wspomnieniach znajdujemy takie słowa: „Na oddział okulistyczny na Czerniakowskiej, gdzie pracowałam, przywozili więźniów z ul. Skaryszewskiej, którzy pozostawali u nas na leczeniu chorób oczu, będąc pod ciągłym nadzorem gestapo (strażnik uzbrojony przy drzwiach sali). Na zlecenie moich lekarzy wykonywałam iniekcje dożylne z roztworu szczepionki duru plamistego, po których to chorzy dostawali wysokiej gorączki i pierwszych objawów tej choroby zakaźnej. Okupanci, bardzo wyczuleni na dur plamisty, z miejsca izolowali takich pacjentów do szpitali zakaźnych, nie interesując się ich dalszym losem. W ten sposób zostało uratowanych przez nas co najmniej kilkanaście osób, przeznaczonych niechybnie do obozów koncentracyjnych i więzień hitlerowskich. Tę działalność prowadziłam do czasu aresztowania dr. Jabłońskiego, który został stracony w Cytadeli” – opisuje pani Janina. Jednak najbardziej zapamiętała powstanie warszawskie. Także dlatego, że w tym czasie urodziła swego najstarszego syna. – Powstanie musiało wybuchnąć, myśmy wierzyli, że tak trzeba, z miłości do Polski i do Warszawy. Ale dla mnie osobiście to był także cud, bo gdy miałam urodzić syna 12 września 1944 roku, podziemnym tunelem, bez szwanku dostałam się do szpitala na Czerniakowskiej. Gdy urodziłam, zaraz poprosiłam ks. kapelana o chrzest dla synka i ofiarowałam go Matce Bożej. Obiecałam też, że udam się z pielgrzymką do Częstochowy. Dużo wtedy obiecałam, a była wojna, powstanie w Warszawie. Bóg jednak nas ocalił, a ja tę obietnicę mogłam spełnić – opowiada Janina Hikiert. Jak przeżyła upadek powstania, a potem inne życiowe trudności? – Nigdy nie zachwiałam się w wierze, nigdy nie zwątpiłam. Nawet, gdy płonęła Warszawa, gdy upadało powstanie, w które tak bardzo wierzyłam, nawet gdy w swym życiu spotkałam złych ludzi, nigdy nie zwątpiłam. Prowadził mnie różaniec i słowo dane Maryi. Dlatego byłam spokojna – mówi pani Janina. – Wszystko zaczęło się od decyzji ofiarowania się Matce Bożej. Jako młoda dziewczyna, w szkole podstawowej, złożyłam ślubowanie mojej Matuchnie Najświętszej. Podziwiałam, że była taka niewinna, słaba, wiotka, dziewica, ale tyle doświadczyła. Chciałam się z nią uosobić. Tym się w życiu kierowałam. Matka Boża Częstochowska była zawsze moją opiekunką. Jej ślubowałam jako sodaliska mariańska i nigdy się nie zawiodłam – wyznaje pani Janina.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół