• facebook
  • rss
  • Byleby Matuchna była stale przy mnie

    Marek Szyperski

    |

    Gość Płocki 31/2014

    dodane 31.07.2014 00:00

    Świadectwo. 100 lat pani Mieczysława Gutkowska skończyła 7 czerwca. Ale nogi ma zdrowe: dziarskim krokiem każdego dnia idzie do poaugustiańskiego kościoła w Ciechanowie. Bez wahania klęka do Komunii św., a kto ją pamięta z pieszych pielgrzymek na Jasną Górę, potwierdzi, jak zawsze szła z przodu, jakby prowadząc całą grupę.

    Urodziła się w Warszawie tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Drugą wojnę przetrwała w Pułtusku, a po jej zakończeniu zamieszkała w Ciechanowie. Dziś w swym domu z dumą pokazuje nam skarby: figurę Matki Boskiej Fatimskiej, zdjęcie z Janem Pawłem II i ikonę Matki Boskiej Częstochowskiej, którą ktoś jej podarował w Portugalii. Częstuje „czym chata bogata” i niepostrzeżenie wkłada dokładkę. W domu jak w pudełeczku – czyściutko, wszystko poukładane, aż nie chce się wierzyć, że mieszka tu stulatka, która w dodatku osobiście utrzymuje przydomowy ogródek.

    Mieć Boga w sercu

    Co zrobić, by tak długo żyć? – Modlić się, pracować, Boga mieć w sercu – to najważniejsze. I żyć z ludźmi, jak Bóg przykazał – to prosta recepta naszej rozmówczyni. – Te 100 lat przeleciało nie wiadomo kiedy. Wspomnienia zostały, ale teraz z tą pamięcią to też różnie bywa. Niepotrzebne rzeczy się pamięta. Ale wszędzie byłam, bo byłam trochę „lotna”. 45 lat z życiorysu pani Mieczysławy zajęły pielgrzymki na Jasną Górę. Jeździła do Częstochowy jeszcze przed drugą wojną. Piesze pielgrzymowanie rozpoczęła w 1962 r., skończyła w 2007 r. – Byłabym częściej na pielgrzymce, ale złamałam rękę – żałuje. – Na początku chodziłam z grupą warszawską, potem z płocką. Raz dostałam zapalenia ścięgna. Trzy dni szłam boso na opuchniętych nogach. Chcieli mnie wziąć na samochód, ale powiedziałam: ja nie będę jechała na pieszej pielgrzymce. I jakoś tam doszłam. Pani Mieczysława mówi, że wtedy zdarzył się jeden z cudów, których w jej życiu było wiele, bo się oddała w opiekę Matce Bożej i wierzy, że Ona nad nią wciąż czuwa. – Jak doszłam, powiedziałam: „Matuchno, spójrz na moje nogi”. Potem poszłam, polałam te nogi wodą z Jasnej Góry, a po trzech godzinach opuchlizna zeszła. To był cud!

    Łzy na wspomnienie Prymasa Tysiąclecia

    Z warszawskiej pielgrzymki pamięta rok 1963. – Przy wyjściu z Warszawy samochody z ubraniami zostały przez władze komunistyczne zawrócone. Księża przebrali się wtedy w cywilne ubrania, żeby ustrzec się aresztowania – opowiada. – Szli więc w tym, co mieli. Dobrzy ludzie trochę poratowali, potajemnie nocą dawali ubrania. Z drzewa brzozowego zrobiliśmy krzyż i koronę cierniową. Tak wędrowaliśmy przez całe dziewięć dni pojedynczo. Przed Jasną Górą zorganizowaliśmy się. Choć dużo ludzi wróciło się, doszło nas 1200 osób. Szliśmy bocznymi drogami, bo ciągle nam przeszkadzali, ale karmili nas gospodarze, wynosili jedzenie wieczorem i nocą. Tak doszliśmy do Matki. Witał ich Prymas Tysiąclecia. Pani Miecia ma łzy w oczach na to wspomnienie. – Pamiętam, jak kard. Wyszyński powiedział: „Kochane dzieci, wiedziałem, że nas nie zawiedziecie”. Padliśmy na kolana i był jeden wielki płacz. To było wielkie przeżycie! Na pielgrzymki pani Miecia szła zawsze w intencji rodziny i zdrowia wszystkich krewnych. Może też wymodliła je dla siebie. Raz spadła ze schodów, ale nic jej się nie stało, kilka razy upadła. – Ale że mam blisko do ziemi, to nic mi się nie stało – śmieje się dzisiaj, nawiązując do swego niewysokiego wzrostu.

    Trudne dzieciństwo

    Całe życie ciężko pracowała. Jej mama wcześnie owdowiała, więc musiała iść do pracy, żeby pomagać rodzinie. – Tata zmarł, jak miał 31 lat. Zostało nas czworo dzieci. Mama ponownie wyszła za mąż. Była tak drobna jak ja, ojciec miał dwa metry. I zawsze powtarzał, że jak spotka najmniejszą kobietkę, to się z nią ożeni. I tak było. Mama urodziła mu jeszcze sześcioro dzieci. – Jak tata zmarł, to się wyprowadziliśmy z Warszawy do rodziców taty na wieś. Miałam 10 lat, gdy mama znów wyszła za mąż. Potem poszłam do Rembertowa, do cioci. Ona posłała mnie do szkoły, ale zmarła w wieku 37 lat. Prowadziłam wujkowi gospodarstwo, zanim się powtórnie ożenił. Poszłam więc do babci, do Nowego Dworu. Pracowałam jako kelnerka w restauracji. Gdy dostałam pracę w Pułtusku, pracowałam tam całą okupację – wspomina pani Miecia.

    Matuchna uratowała

    Dziś wspomina, że w trudnych czasach Matka Boska kilka razy uchroniła ją przed śmiercią. – Za okupacji pracowałam na kuchni. Było tam sześć Rosjanek, które były w niewoli. Miały nam pomagać. Kiedyś poprosiły mnie, abym zaprowadziła je do kościoła. Poszłyśmy do Szyszk. Tam ksiądz znał język rosyjski, więc wyspowiadałyśmy się, one przyjęły Komunię św. Była też z nami siedmioletnia córka jednej z więźniarek. I ksiądz też jej dał Komunię. Były tak wdzięczne, że nie miałam na twarzy miejsca, gdzie one by mnie nie całowały. Gdy wróciłyśmy, powiedziały: „Z Bogiem się pojednałyśmy, mogą nas teraz rozstrzelać”. A ja byłam zadowolona, że zrobiłam dobry uczynek. Potem poszły z frontem, a ja zostałam. W Pułtusku pani Mieczysława współpracowała z partyzantką. Została złapana przez Niemców i dotkliwie pobita, ale nikogo nie wydała. – Matka Boska mnie uchroniła. Stłukli mnie na kwaśne jabłko, zemdlałam. Na gestapo mnie wieźli, ale Matuchna dała, że nie dowieźli. Dali tylko pismo i kazali się meldować. Chcieli, żebym wydała partyzantów, a jeden z nich miał troje dzieci. Straszyli, że mnie powieszą, ale nikogo nie wydałam. – Gdy Niemcy kazali się ewakuować z Pułtuska, ja zostałam. Złapali nas i kazali rozstrzelać, ale przyszedł rozkaz, że mamy kopać okopy. Wywieźli nas do Osieka. Stamtąd uciekłam i ukryłam się u gospodarza. Poszukiwali mnie gestapowcy, zeszli całą wioskę, ale gospodarz, u którego się ukrywałam, mieszkał na uboczu, i tam nie doszli. Matuchna uratowała! Po wojnie razem z bratem kupili domek w Ciechanowie. – Matka Boska Nieustającej Pomocy zawsze przy mnie była. Gdziekolwiek się ruszałam, czułam Jej ochronę. Wiedziałam, że nic mi się nie może stać, bo mam ochronę Maryi. Tak było od dziecka. Gdy byłam mała i nie zmówiłam pacierza, to na drugi dzień mówiłam dwa. Trzeba oddać – powtarzałam sobie. Teraz też zaległości modlitewnych nie mam i to chyba procentuje. Kiedyś pani Mieczysława wpadła pod samochód. – Dziwili się ludzie, co widzieli ten wypadek, że jeszcze chodzę. A Matka uchroniła!

    Z sercem do drugiego człowieka

    Nie wyszła za mąż. – Bo mnie żaden nie chciał – żartuje. – Powtarzałam sobie, że wolę żyć dla Boga, dla ludzi, dla rodziny. Gdy owdowiała moja siostra, wzięłam na wychowanie jej syna. Miał wtedy trzy i pół roku. Chciałam jej ulżyć. Józiu zmarł na raka, gdy miał 59 lat. Pani Mieczysława, mimo swojego wieku, codziennie chodzi do kościoła i pracuje w swym ogródku. – Muszę się ruszać – mówi. – Gdy patrzę na ten świat, to przyjmuję wszystko. Wiem, że często nie jest tak, jak potrzeba. Ja tylko mówię: Boże, daj nam cierpliwość do tego wszystkiego. Nic nie pomoże dmuchanie na wiatr. Pani Mieczysława wie, jak postępować z ludźmi, żeby dobrze się z nimi żyło. – Zło trzeba dobrem załatwiać, tak jak ks. Popiełuszko powiedział, innej rady nie ma. Trzeba postępować z sercem i z cierpliwością, bo w każdym jest coś dobrego i złego. Pani Miecia należy do Odnowy w Duchu Świętym, do świeckiego zakonu św. Franciszka przy parafii św. Tekli, do koła różańcowego. Czyta dużo książek, religijnych czasopism, ostatnio przeczytaną książką jest „Pasja”. – Chwilami czuję się bardzo młodo, a chwilami taką staruszką niemotą – dodaje.

    Człowiek nie żyje sam dla siebie

    Sędziwa seniorka wciąż ma marzenia! – Chciałabym być na pielgrzymce, bo kto raz jej zasmakuje, to ciągle by chodził. Pielgrzymka to nie tylko modlitwa, to wspólne bycie razem. Byłam wtedy taka szczęśliwa. Czasami mówiłam coś przez mikrofon, rozbawiłam młodzież. Pielgrzymki nie zamieniłabym na żadne skarby świata – mówi doświadczona pątniczka. Co dalej? – Jakoś tam będzie, byleby Matuchna nie opuszczała mnie do śmierci. Człowiek nie żyje sam dla siebie. Nigdy nie przywiązywałam wagi do pieniędzy. Zawsze było tak: ja dam i ja mam. Jak ta wdowa ostatni wdowi grosz. Ja w to wierzę, przekonałam się nieraz. Opiekowałam się innymi na pielgrzymce, opatrunki pomagałam robić, dźwigałam na plecach i miałam siłę. Dla mnie to wielka satysfakcja, gdy mogę komuś rękę podać. Człowiek z sobą nic nie zabierze, tylko dobre uczynki. Nagim się człowiek rodzi i nagim umiera – dodaje pani Mieczysława.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół