• facebook
  • rss
  • Nawet słońce podskakiwało

    dodane 10.04.2014 00:00

    Kiedy w marcu lub kwietniu mazowieckie podwórka zapełniały się wystawionymi z mieszkań meblami i sprzętami, był to nieomylny znak, że Wielkanoc tuż-tuż.

    Świąteczne przygotowania wkraczają w decydującą fazę. A jak to wyglądało dawniej?

    Dokładnie sprzątano i bielono izby, aby na święta były zmienione do niepoznania. W Wielkim Tygodniu stopniowo ograniczano wykonywane prace. W wielkie dni nie wolno było np. używać młota, siekiery czy żaren ani czynić żadnego hałasu. Hałasowali tylko chłopcy, którzy głuchym klekotem kołatek ogłaszali żałobę w całym chrześcijaństwie. Bo najważniejsze było religijne znaczenie tych dni. Nie do pomyślenia było, zwłaszcza na wsi, aby ktoś nie przystąpił do wielkanocnej spowiedzi i Komunii świętej. Kościoły wypełniały się na liturgię Triduum Paschalnego, która sprawowana była wówczas rano. Na wsi dużym przeżyciem religijnym było również poświęcenie pokarmów, którego księża dokonywali w wybranych domach poszczególnych wiosek. W Wielką Sobotę ludzie przynosili do swoich domów głóg i wodę. Głóg dzielili na małe kawałki, wtykali w cztery rogi zagrody, a miejsca te skrapiali wodą święconą. Nie czyniono tego zabobonnie, ale z powagą, w modlitewnym skupieniu, polecając gospodarstwo Bożej opiece. Najważniejszym momentem była Msza św. z procesją rezurekcyjną. W Przasnyszu chętni mogli uczestniczyć nawet w trzech nabożeństwach rezurekcyjnych. Pierwsze było odprawiane o godz. 21 w kościele sióstr klarysek kapucynek, następne o drugiej w nocy u ojców pasjonistów, a trzecie o wschodzie słońca w kościele farnym. Procesji rezurekcyjnej towarzyszył huk wystrzałów i wybuchów, przez które wyrażano radość. Ów salut na cześć zmartwychwstałego Chrystusa miał stanowić pamiątkę wielkiego łoskotu, z jakim usuwał się kamień grobowy, i oślepiającego światła, które poraziło żołnierzy rzymskich strzegących Grobu Pańskiego. Mężczyźni strzelali na wiwat z pistoletów, a chłopcy z kalichlorku, który sprowadzali zawczasu zapobiegliwi aptekarze. Po Rezurekcji gospodarze urządzali wyścigi furmanek, wierząc, że kto pierwszy wróci do wsi, zapewni sobie dobre plony. Przypominało to niekiedy starożytne wyścigi rydwanów. Niektóre furmanki, spychane przez inne, lądowały w przydrożnych rowach. Wśród mieszkanek Przasnysza rozpowszechnione było ludowe wierzenie o rzekomo uzdrawiających właściwościach wody w rzece Węgierce w tym wyjątkowym dniu. Aby z nich skorzystać, należało zaczerpnąć wody w momencie, kiedy biły dzwony kościelne podczas procesji rezurekcyjnej, a następnie natrzeć lub obmyć odkryte części ciała. Ale nieporównanie ważniejsze było rodzinne świętowanie po powrocie z kościoła. Tradycyjnie święcone składało się z dań zimnych, głównie mięs, jajek na twardo i ciast. Były to potrawy „bez dymu” lub „przy jednym dymie”, czyli przygotowane wcześniej i podgrzane. W Wielkanoc nie godziło się rozpalać ognia i gotować. Ustawały wszelkie prace. Te, których nie można było uniknąć, jak np. karmienie zwierząt, należało wcześniej tak przygotować, aby ich wykonanie trwało potem jak najkrócej. W pierwszy dzień świąt nie odbywały się wesela ani zabawy. Dzień ten spędzano w gronie rodzinnym. W Przasnyszu chętnie chodzono tego dnia po południu za miasto, aby obserwować zachód słońca. Wierzono, że podskakuje ono z radości, bo Chrystus zmartwychwstał. Starsi ludzie mawiali, że w tak wielkie święto nawet piekło staje i dusze cierpiące mają odpoczynek. A w Wielkanocny Poniedziałek od rana w ruch szły wiadra! Chłopcy nie zostawiali na dziewczętach suchej nitki! Im więcej wody, tym większy honor, a te panny, których nie oblano, czuły się obrażone i zlekceważone. Zapewne nie tylko w Przasnyszu pojawiali się też śmigusowi domokrążcy, którzy chcąc zachować umiar i jednocześnie elegancję w polewaniu, przygotowywali perfumy ze skórek od pomarańczy, gdyż prawdziwe były dla nich za drogie. Za swą „usługę” mogli liczyć na poczęstunek lub datek.

    Przestroga Niedzieli Palmowej

    ks. Krzysztof Jończyk – Od pielgrzymki do Ziemi Świętej klimat Palmowej Niedzieli nabiera dla mnie bardziej refleksyjnego znaczenia... Kiedy widzę tłumy wypełniające świątynie i przemieszczające się z palmami ulicami miast – mam przed oczyma tłum wypełniający ulice Jerozolimy. Też z palmami, też z entuzjazmem i radością, też pachnąca w powietrzu odświętna atmosfera... A w uszach brzmią mi słowa arcykapłana Kajfasza: „Lepiej, żeby jeden człowiek umarł, niżby miał zginąć cały lud”, które przypieczętowały los Jezusa. Myślę, jak niebezpiecznie blisko jest od euforii do zdrady, od radosnego, odświętnego tłumu machającego palemkami do tłumu wrzeszczącego: „Ukrzyżuj!”. Jak blisko, jak niebezpiecznie blisko jest w moim sercu od miłości do nienawiści.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół