• facebook
  • rss
  • Ukraina bardzo mnie boli

    dodane 27.02.2014 00:00

    O Kijowie – mieście dzieciństwa – z Walerią Gordienko, płocczanką, która część swego życia i serca zostawiła na Ukrainie, rozmawia ks. Włodzimierz Piętka.

    Ks. Włodzimierz Piętka: W jaki sposób życiowe drogi poprowadziły Panią z Kijowa do Płocka?

    Waleria Gordienko: To bardzo długa, bogata i tragiczna historia. Już moi pradziadkowie trafili na Wschód. Pradziadek Włodzimierz Pogorzelski studiował medycynę w Sankt Petersburgu. Został zamordowany w czasie rewolucji październikowej. Moi drudzy pradziadkowie mieli majątek na Ukrainie. Choć byli ludźmi zamożnymi, bardzo troszczyli się o okoliczną ludność: pradziadek zakładał ochronki, a prababcia kierowała szkołą. Oni też zostali bestialsko pomordowani przez komunistów. Dziadkowie z kolei zostali wywiezieni na Sybir. Rodzice byli związani z Kijowem, w którym i ja się urodziłam. Mój tata przez 18 lat był głównym architektem miasta. Gdy do Kijowa przyszły siostry karmelitanki, on projektował ich klasztor i pomagał w jego budowie. Ja spędziłam w Kijowie 28 lat. Po śmierci męża, na zaproszenie sióstr karmelitanek, przyjechałam z córką do Polski, a ponieważ z wykształcenia jestem chemikiem, w 1997 roku trafiłam do Płocka i tu znalazłam pracę. Z historii mojej rodziny wiem, co niesie rewolucja; ale też zrozumiałam, że choć po ludzku wiele może planujemy, to jednak Pan Bóg prowadzi nas swoimi drogami i spełnia swoją wolę.

    Z Mazowsza do Kijowa jest daleko, ale jesteśmy przecież sąsiadami. W jaki sposób powinniśmy patrzeć na wydarzenia na Majdanie i jak je rozumieć?

    Obserwuję, co się tam dzieje, ciągle o tym myślę i rozmawiam z bliskimi, którzy tam zostali. Staram się patrzeć na to wszystko jako osoba wierząca. Tam przelano za dużo krwi. Tam wzniecono za dużo nienawiści, bo bracia zaczęli strzelać do braci. Jako Polka z pochodzenia widzę, że ludzie, którzy stracili wiele w życiu, którym się nie powidło, których niesprawiedliwie się traktuje, teraz się buntują. Oni chcą zmiany. Ale powinni się wystrzegać nastrojów nacjonalistycznych, które w tej chwili są tam bardzo silne. Jeśli będą jeszcze bardziej rozniecone, nie da się ich ugasić ani kontrolować. W całym tym konflikcie jest bardzo wiele nienawiści i nieprzejednanych podziałów. Myślę, że to jest największe zagrożenie dla Ukrainy. Wielu też uwierzyło, że protestami, paleniem i zniszczeniem osiągnie się coś szybciej i więcej niż solidną pracą i budowaniem sprawiedliwości w społeczeństwie. Ale najpierw trzeba zaprzestać się nienawidzić i zabijać.

    Czy w tym, co obecnie dzieje się na Ukrainie, jest więcej nadziei czy niepokoju?

    Więcej jest niepokoju. Wielu powtarza, że jeśli usunie się jednego polityka, to zaraz wszystko się naprawi. Ale to jest złudne, bo przy tym jest podsycany płomień nienawiści. Te granice zostały przekroczone, bo polała się krew. Nie mówię, że władza jest idealna, ale za opozycją w bardzo wielu miejscach czai się nacjonalizm i widmo Bandery.

    Od lat uczestniczy Pani w spotkaniach Klubu Inteligencji Katolickiej w Płocku. Co z tradycji, kultury i ducha, który jest na Ukrainie, pomaga Pani wierzyć i zachować wrażliwość na kulturę, spotkanie i piękno?

    Gdy przyjechałam do Płocka 17 lat temu, pani Maria, opowiedziała mi o spotkaniach KIK-u. Skorzystałam z jej zaproszenia. To była odpowiedź na to, czego w duszy potrzebowałam, bo język i wiarę przekazali mi dziadkowie i rodzice. Moja babcia w wyniku zsyłki i wojen prawie nic materialnie nie miała, ale uczyła mnie języka polskiego i naszej wiary. Mam po niej cenną dla mnie pamiątkę: ręczniczek z wyhaftowanym przysłowiem: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Rodzice bardzo dbali o moją edukację i o to, abym dużo czytała. W domu mieliśmy też taki zwyczaj, że po powrocie ze szkoły czy z pracy razem siadaliśmy w kuchni i długo opowiadaliśmy sobie, jak przeżyliśmy dzień. Wtedy uczyłam się od rodziców doświadczonego i mądrego patrzenia na życie, uczyłam się, jak unikać skrajności, jak rozumieć innych ludzi i pomagać im. Wciąż uczę się od ludzi stamtąd większego dystansu do życia, aby nie ulegać nastrojom i medialnym dyktatom, bo o wiele piękniejsze i ważniejsze rzeczy niż na ekranie dzieją się w normalnym życiu i zwykłych spotkaniach.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół