Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Najgorszy był głód

Chodziło o to, żeby wykończyć nas jak najwięcej. Gdy któryś upadł, zachorował, to mówili, że zabierają do szpitala, a zabierali na tamten świat – Henryk Różalski wspomina dramat, który rozpoczął się, gdy miał 20 lat. Trafił wtedy do niemieckiego obozu w Austrii.

Pan Henryk nie uważa się za kogoś szczególnego. Początkowo zasłania się niepamięcią, ale już od pierwszej chwili widać, że przemawia przez niego skromność.Szybko okazuje się, że ten 96-latek dobrze pamięta tamte czasy. Kto by pomyślał, widząc, jak dobrze wygląda ten postawny i wysoki mężczyzna, jakiego piekła doświadczył. Ile tortur zniósł, ile głodu, niepokoju, strachu, który mu towarzyszył przez całą młodość. To starszy pan, ale nie staruszek. Nie gestykuluje, nie użala się nad sobą, po prostu siedzi przy stole i zwyczajnie opowiada. Wydaje się, że tylko jego oczy mówią.

Jak się pali pod nogami

– Rano wsiadłem na rower i ruszyłem do pracy. Po drodze ostrzegli mnie ludzie, że aresztują członków AK. Zawróciłem do teścia na podwórko, a tam już na mnie czekali żandarmi. Widziałem jak z teściem gadali. Doskoczyli z karabinem i nic się nie dało zrobić. Żona widziała wszystko przez okno – wspomina Henryk Różalski. – Jak mnie aresztowali, całą noc byłem przykuty do ściany, kijem bili, po twarzy, wszędzie. Przez to do dziś mam problem ze słuchem, ale się nie przyznałem. Pierwsze takie przesłuchania miałem w Płocku, drugie w Pomiechówku. A potem zbierali nas z różnych rejonów, m.in. z Warszawy, Krakowa, Gliwic. Zbierali nas i całym transportem wywozili do obozu – tłumaczy. Gdy wspomina czas pojmania, dzieli się refleksją, która mu została. – Zawsze mówię do wnuczków: „Pamiętaj, nie wierz żadnemu koledze; wszyscy są dobrzy, jak jest dobrze, a jak się pali pod nogami, to nie ma przyjaciół”. Mój kolega z konspiracji wydał całą listę i aresztowano z cukrowni 87 osób z AK – wyjaśnia.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy