• facebook
  • rss
  • Świadkowie z Watykanu

    ks. Włodzimierz Piętka

    dodane 02.04.2013 14:30

    Czterech księży z naszej diecezji pracuje w Watykanie bądź studiuje na papieskich uniwersytetach w Rzymie. Z niektórymi z nich rozmawiamy o niezapomnianym miesiącu: od rezygnacji Benedykta XVI do inauguracji pontyfikatu ojca świętego Franciszka.

    Dwóch z nich mieszka w Domu św. Marty, tym samym, w którym obecnie mieszka też ojciec święty Franciszek. W Sekretariacie Stanu pracują: ks. prał. Waldemar Turek w sekcji łacińskiej, a ks. prał. Sławomir Nasiorowski w sekcji polskiej.

    Dwaj księża studenci mieszkają w Kolegium Polskim na Awentynie: ks. Paweł Rokicki studiuje historię sztuki Kościoła na Gregorianie, a ks. Wojciech Kućko – teologię moralną na instytucie Alfonsianum. Wszyscy z bliska patrzyli na wydarzenia, które na Kościele i Watykanie skupiły uwagę świata. Swymi doświadczeniami dzielą się z czytelnikami „Gościa Płockiego”.

    Ks. Włodzimierz Piętka: Jak Ksiądz podsumowałby czas od ogłoszenia rezygnacji Benedykta XVI do inauguracji pontyfikatu papieża Franciszka w Watykanie?

    Ks. Waldemar Turek: Zdawałem sobie sprawę z tego, że przeżywam chwile historyczne. Na początku trochę trudno było mi uwierzyć, że informacja o rezygnacji ojca świętego Benedykta XVI z posługi następcy św. Piotra jest prawdziwa. Później dostrzegłem to zaskoczenie u wielu moich kolegów z biura, choć sama myśl o ewentualnej abdykacji pojawiała się w niektórych wcześniejszych wypowiedziach ojca świętego.

    Śledziłem każdego dnia z jeszcze większą uwagą ostatnie publiczne czynności odchodzącego papieża. Myślę, że w sposób szczególny zapamiętam spotkanie na wewnętrznym dziedzińcu Pałacu Apostolskiego. 28 lutego, ok. godz. 17, czyli na trzy godziny przed rozpoczęciem sede vacante, zgromadziliśmy się na placu św. Damazego, by pożegnać odlatującego do Castel Gandolfo papieża. Podziwiałem jego spokój i opanowanie. Nie było żadnych przemówień, a jedynym gestem odjeżdżającego papieża było udzielone nam błogosławieństwo. Poczekaliśmy jeszcze kilkanaście minut, by spojrzeć w niebo i dostrzec odlatujący helikopter.

    Każdego następnego dnia uwaga się przesuwała coraz bardziej na konklawe i na wybór następcy papieża Benedykta. Do Rzymu zaczęli przybywać kardynałowie z całego świata. Zaczęły się różnego rodzaju typowania, co do których, nie ukrywam, podchodziłem z dużą rezerwą.

    W Domu św. Marty zamieszkali kardynałowie elektorzy. Wiadomo, kto zamieszkał w Księdza mieszkaniu?

    – Rzeczywiście, 25 lutego opuściliśmy nasze pokoje w Domus Sanctae Marthae (tak brzmi oficjalna łacińska nazwa tego budynku), by udostępnić je kardynałom elektorom. Każdy z urzędników Watykanu, kto zamieszkuje ten dom, wie, że w przypadku konklawe będzie musiał opuścić swoje mieszkanie. W moim przypadku  wydarzyło się to już po raz drugi. Do dzisiaj oczywiście nie wiem, kto mieszkał w „moim” pokoju w czasie konklawe 2005 r. ani w czasie tego ostatniego.

    W Płocku i diecezji znamy przekaz medialny tych dni. Jak je Ksiądz przeżywał z bliska?

    – Spodziewałem się, że konklawe raczej nie potrwa długo. Podobno żaden z wyborów papieży od początku XX w. nie trwał więcej niż pięć dni. Ale, z drugiej strony, w tych sprawach naprawdę trudno coś przewidywać.

    W środę wieczorem miałem umówione spotkanie, z którego jednak zrezygnowałem, bo myślałem: to już piąte głosowanie... Poszedłem na Plac św. Piotra i zaskoczyła mnie bardzo duża ilość oczekujących i wpatrujących się w komin na dachu Kaplicy Sykstyńskiej (te tłumy były liczniejsze w porównaniu z poprzednim konklawe, takie przynajmniej odnoszę wrażenie). Pogoda nie sprzyjała oczekiwaniu: było deszczowo i chłodno. Udało mi się dojść zupełnie blisko Bazyliki do miejsca z dobrym widokiem na telebim i balkon, z którego pada słynne „Habemus papam”.

    Po godzinnym oczekiwaniu pojawił się, mimo wszystko ku mojemu zaskoczeniu, biały dym. Ludzie pochodzący z całego świata zaczęli bardzo żywo reagować. Atmosfera oczekiwania wzrastała. Już nie tylko Plac św. Piotra, ale i pobliskie ulice i place były wypełnione. Kiedy kard. Tauran wypowiedział nazwisko papieża, przypomniałem sobie, że jest on Argentyńczykiem, arcybiskupem Buenos Aires i jezuitą. Okazało się, że czekającym, przynajmniej wokół mnie, niewiele albo nic to nazwisko nie mówiło. Wdzięczni byli za każdą informację. Sam zresztą zapamiętałem te podstawowe dane z poprzedniego konklawe, bo wtedy nazwisko argentyńskiego kardynała pojawiało się w mediach dosyć często.

    Gdy ojciec święty ukazał się na balkonie, na Placu św. Piotra było bardzo głośno. Później zgromadzeni wsłuchiwali się w każde jego słowo, poczynając od bardzo ciepło wypowiedzianego Buonasera, czyli: dobry wieczór, wreszcie zapanowała absolutna cisza, gdy papież Franciszek poprosił zgromadzonych o modlitwę w jego intencji i głęboko skłonił się przed wiernymi. Tak go zapamiętam z tego pierwszego spotkania.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół