Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Gdy ksiądz puka do drzwi…

– Najlepiej z wizytą duszpasterską do rodzin idźcie po Bożym Narodzeniu – radził płockim księżom abp Antoni Julian Nowowiejski.

Sięgamy do bardzo głębokiej historii i słownictwa, które dziś się zatarło. Ale gdy wielu krytykuje czas kapłańskiej kolędy, trzeba przypomnieć jej głębokie znaczenie. Już samo słowo wywodzi się z łacińskich „calendae Januarii” Oznaczają one pierwszy dzień stycznia, w którym zgodnie ze zwyczajem obdarowywano się upominkami bądź składano życzenia często w formie pieśni. Czasem kolędowania był Nowy Rok.

Kto daje prezenty?

Na początku nowego roku niektórzy cesarze rzymscy – jak podaje Oskar Kolberg – przyjmowali prezenty od poddanych, inni natomiast szczodrze je ludowi rozdawali na pamiątkę tzw. złotych wieków Saturna, kiedy to ludzie byli bardziej chętni do dzielenia się tym, co posiadali. Nim w kalendarzu kościelnym zapisano święto Bożego Narodzenia, a zatem przed połową IV wieku, chrześcijanie praktykowali przejęty od pogan zwyczaj obdarowywania się prezentami na Nowy Rok. Szybko jednak nastąpiła chrystianizacja dawnej obrzędowości, dzięki zastosowaniu nowej argumentacji. Nowej, bo znajdującej uzasadnienie w chrześcijaństwie: skoro Bóg dał ludziom w darze swego Syna, to należy Go naśladować w hojności i dobroci wobec ubogich, bądź tych, wobec których mamy dług wdzięczności. A więc u podstaw obdarowywania się była miłość Pana Boga, który pierwszy ludzi tak obficie, bo własnym Synem, obdarował. Tak rozumując, oddzielono zwyczaj obdarowywania się od Nowego Roku, a związano go z Bożym Narodzeniem. Słowo „kolęda” oznaczało jednak w dalszym ciągu wszelkie upominki, jakie gospodarze czeladzi, rodzice dzieciom, a sąsiedzi sąsiadom w tym czasie dawali. Prezenty były obopólne: każdy niósł drugiemu to, co mógł.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy