• facebook
  • rss
  • Wiem, gdzie jest…

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 44/2012

    dodane 31.10.2012 00:00

    Rodzina. Nikt nie chce myśleć o czarnych scenariuszach w życiu. Oni też się go nie spodziewali. A jednak wiara i ludzie, którzy wsparli ich we właściwym czasie, pomogli w podjęciu właściwych decyzji.

    Miało już wykształcone serce i inne formujące się organy wewnętrzne, a główka z wyraźnie zarysowującą się twarzą na tym etapie była największa z całego ciała. Taki był Okruszek, gdy jego serce przestało bić w siódmym tygodniu życia płodowego. Ola i Jakub z Płocka, pochowali swoje dziecko. To, co przeżyli i nadal przeżywają, stało się kołem zamachowym, które uruchomiło w Płocku inicjatywę uczczenia pamięci dzieci utraconych na szerszą skalę. Na razie wiadomo, że co roku 15 października będzie odprawiana Msza św. za rodziców takich dzieci w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, ale czekają oni na jeszcze na inną ważną inicjatywę – na pomnik dziecka utraconego. Ola i Jakub mieli szansę przejść przez to doświadczenie trochę jak po stromych schodach, ale z dobrze zabezpieczoną poręczą. Mówią, że Ktoś ciągle nad nimi czuwał, dlatego gotowi są podzielić się swoimi przeżyciami z małżeństwami w podobnej sytuacji.

    Próba wojowników

    Początek był niemal euforyczny. – O tym, że zostaliśmy rodzicami, dowiedzieliśmy się na rekolekcjach wakacyjnych wspólnoty Przyjaciół Miłości Miłosiernej w Andrzejówce, które prowadzą Monika i Marcin Gajdowie. Świętowała wtedy z nami setka ludzi. I tego dnia od razu poszliśmy przed Najświętszy Sakrament ofiarować życie naszego dziecka – opowiada Jakub. Razem są we wspólnocie Wojsko Gedeona, która zawiązała się w naszej diecezji 10 lat temu. – Ona ma formować wojowników wiary, ludzi, którzy mają odwagę przyznawać się do Boga – przypominają rodzice zmarłego Okruszka. W Andrzejówce nie mogli wiedzieć, że Pan Bóg wystawi ich na próbę, chociaż później dostrzegli pewne wskazówki. – Na tych rekolekcjach był rozważany fragment Pisma Świętego o bogatym młodzieńcu i o posiadaniu dóbr, także duchowych. I można powiedzieć, że ten fragment słowa Bożego w pewien sposób nas ściga. Bo to posiadanie odbieraliśmy bardzo w odniesieniu do naszego dziecka. Chcieliśmy bardzo je mieć. I na pogrzebie było to samo słowo. Czuliśmy więc, że Bóg ma swój plan, że jeśli tak robi, to być może jest to po coś – wspomina Jakub. Oboje mówią o tym, bo ich doświadczenie trudno jest zrozumieć bez kontekstu, jakim dla nich stały się wiara i wspólnota. Ola, która na sali szpitalnej trzymała w garści różaniec, wierzy, że tam, w szpitalu, i po pogrzebie prowadziła ją Maryja. – Miałam wtedy poczucie, że nikt mnie nie zrozumie jak Ona, bo współcierpiała z Jezusem – mówi młoda mama dziecka utraconego. – Mamy bardzo głębokie przeświadczenie, że byliśmy prowadzeni. Wszystko pojawiało się w odpowiednim momencie. Na przykład w dniu, kiedy Ola trafiła do stołecznego Szpitala Specjalistycznego św. Zofii na ul. Żelaznej, przyszli do nas przyjaciele, którzy mieszkają i pracują w Warszawie, dali nam klucze do swojego mieszkania, tak że mogliśmy się tam zatrzymać. Dostaliśmy też od nich gazetę, w której krok po kroku wyjaśnione było, co możemy w takiej sytuacji zrobić, żeby pochować nasze dziecko – dodaje mąż Oli.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół