• facebook
  • rss
  • W niebie las jest piękniejszy

    dodane 18.10.2012 00:00

    – Trzeba angażować się w to, co mamy zrobić. Wtedy nie przeszkadza brak prądu i dróg, że jest parno i gorąco, że czarownik grozi śmiercią, a węże wpełzają przez okna – mówi w rozmowie z Agnieszką Kocznur siostra Teodora Grudzińska, misjonarka, która od 26 lat żyje w Kamerunie.

    Agnieszka Kocznur: Od wielu lat przebywa Siostra na misjach. Czy czary i czarownicy nadal są tak mocno zakorzenieni w życiu afrykańskich plemion?

    S. Teodora Grudzińska: – Nic się nie zmieniło. Ostatnio miałam zawieźć małego chłopca do szpitala oddalonego o 200 km. Lekarz już czekał, wszystko było gotowe na jego przyjazd. Byłam wtedy po operacji i nie mogłam prowadzić samochodu, więc poprosiłam o pomoc kierowcę miejscowego burmistrza. Wszystko ustaliliśmy i umówiliśmy się o określonej godzinie, ale… kierowca nie przyszedł. Minęła noc i nad ranem chłopiec zmarł. Po kilku godzinach przyszedł szofer i mówi: „Teraz mogę jechać. Wczoraj zapomniałem zamknąć okno przed zachodem słońca i zamieniłem się w koguta, w okiennicy swojego domu”. Dorosły i wykształcony człowiek, a tak się zachował. Byłam bardzo zdenerwowana. Ale potem zaczęłam myśleć, dlaczego rodzina tego chłopca nie skarżyła się, nie miała pretensji do tego kierowcy. Powiedzieli mi, że on nie mógł wyjść z domu, bo tradycja jest najważniejsza. Gdyby złamał ten przepis, rzuciłby na przodków przekleństwo.

    Skoro Kameruńczycy na co dzień wciąż żyją wśród wierzeń pogańskich, jak Siostra im mówi o Bogu? Czy jest sens podejmowania misji?

    – Znowu odpowiem przykładem. Kilka lat temu poznałam 13-letniego chłopca, Wiliego, który miał marskość wątroby. Choć choroba była zaawansowana, robiliśmy wszystko, żeby mu pomóc. Gdy tak leżał w naszej przychodni, długo wpatrywał się na wiszący na ścianie krzyż, aż zapytał: „Kto to jest?”. Odpowiedziałam: „To jest twój i mój Przyjaciel, największy Przyjaciel”. I tak z każdym dniem, dopytywał się coraz więcej, aż zaczął razem z nami się modlić. Za zgodą rodziców przyjął chrzest i Pierwszą Komunię Świętą. Po dwóch tygodniach, jego rodzice przynieśli go do mnie na plecach. Pochyliłam się nad nim i stwierdziłam, że jego stan jest bardzo ciężki. Wtedy spojrzał się na mnie i powiedział: „Są rzeczy ważniejsze niż zdrowie. Znam tradycję mojego plemienia i wiem, że rodzice, po mojej śmierci zaniosą mnie do czarownika. On przetnie moje serce i będzie szukał winowajcy, a ja niedawno przyjąłem Chrystusa do serca. Nie chcę, żeby ruszali mojego Jezusa i żeby ktoś przeze mnie został ukarany”. Gdy usłyszałam te słowa z ust małego chłopca, przysiadłam. Willi miał w sobie wielką mądrość i odwagę. Wiedział, że umrze, i chciał złamać tradycję. Poznał i pokochał Chrystusa w chorobie i cierpieniu. Umierał, ale nie myślał o sobie. Bał się, że po jego śmierci, ktoś będzie uznany za winnego. Wkrótce zmarł, ale rodzice uszanowali jego wolę. Mały chłopiec, a miał w sobie wielką wiarę i miłość. To był mocny znak wiary.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół