• facebook
  • rss
  • Misja zakończona

    Agnieszka Małecka

    |

    Gość Płocki 34/2012

    dodane 23.08.2012 00:00

    Wiara. – Jeden z pacjentów mówi do mnie: „Siostro, kto mnie teraz będzie opierniczał?” – śmieje się przełożona. Takie pytania, nawet pół żartem, pół serio, gesty przyjaźni, potwierdzają, że ta praca miała sens.

    Kończy się po 52 latach misja sióstr albertynek w Domu Pomocy Społecznej w ciechanowskim Krubinie. Zakonnice w charakterystycznych szarych habitach i mocno zabudowanych welonach pracowały tu jako wykwalifikowane pielęgniarki, salowe i masażystki; ale troszczyły się, co zupełnie nie dziwi, także o duchowe życie pensjonariuszy.
– Tak, jest żal. Ale coś musi obumrzeć, żeby coś powstało – przyznaje przełożona domu s. Jana (Iwona Czajkowska), pracująca tu od sześciu lat. To nie tylko słowa, bo w oku siostry wyraźnie kręci się łza. Zaczynamy przeglądać kroniki domu, a raczej stare zeszyty o powlekanych okładkach, zapisane maczkiem przez kolejne albertynki, które tu pracowały. Na szczęście do głosu dochodzi zdrowy humor przełożonej, celnie wychwytującej zabawne zapiski.

    Kroniki powędrują pewnie do domu prowincjalnego zgromadzenia w Warszawie. A siostry, które obecnie pracują w Ciechanowie (cztery), przy ul. Kruczej, przejdą do innych ośrodków, poza płocką diecezją, w Siedlcach i Życzynie.
Od razu nasuwa się pytanie „dlaczego?”. Jeszcze dwa lata temu pisaliśmy o jubileuszu 50-lecia ich pracy w ciechanowskim domu pomocy. Siostra Jana wskazuje na problem malejącej liczby powołań, nie tylko zresztą do zgromadzenia, którego męskiej gałęzi dał początek św. brat Albert. Mniej powołań to mniej sióstr, a zapotrzebowanie na pracownice w habitach niektórych ośrodków jest duże. W Życzynie, dokąd wraca po
10 latach s. Jana, w ośrodku dla kobiet pracuje ponad 10 albertynek, ale stanowią one nie tylko kadrę medyczną, bo zajmują się też np. księgowością. 
– Taka jest decyzja naszych przełożonych, a musimy mieć w nią ufność. Obowiązuje nas posłuszeństwo i jeżeli będziemy posłuszne, to Pan Bóg będzie błogosławił, bez względu na to, co się będzie działo. Jeżeli zechce mieć nasz dom w tej diecezji, to znajdzie sobie furtkę, żeby siostry wróciły – mówi s. Jana. 
Ale na razie trzeba przejść etap pożegnania. – My się po prostu zżywamy z tymi ludźmi, jesteśmy dla nich 24 godziny na dobę. Żyjemy ich życiem, jesteśmy do ich dyspozycji. To tak samo, jak się wyjeżdża z domu rodzinnego – dodaje s. Jana.
W tym byciu dla pensjonariuszy nie chodzi tylko o podanie strawy choremu i pomoc pielęgniarską, jak mówi s. Maria Borsuk, która pracuje tu od roku, ale nadrzędnym zadaniem albertynki jest przywracanie wiary w człowieku. Ludzie chorzy potrzebują sióstr, bo przed nimi zawsze można było się wygadać, poradzić się; ich habity od początku wzbudzały tu zaufanie. – Jeden z pacjentów mówi do mnie: „Siostro, kto mnie teraz będzie opierniczał?” – śmieje się przełożona. Takie pytania pół żartem, pół serio, gesty przyjaźni, potwierdzają, że ta misja miała sens. W codziennej pracy nie było czasu na takie analizy; coś wyszło, albo nie, więc dopiero takie sytuacje pokazują im, że było warto.


    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół